Mój syn zatrzasnął mi drzwi przed nosem – a ja chciałam tylko przynieść mu moją zupę
— Michał, otwórz, to tylko ja! — wołałam, stojąc na wycieraczce z garnkiem gorącej pomidorowej, którą gotowałam od rana. Przez chwilę słyszałam tylko szuranie kapci po panelach, potem cichy szept, jakby ktoś próbował przekonać go, by nie otwierał. W końcu drzwi się uchyliły, a w nich stanął mój syn. Mój Michał, ten sam, którego tuliłam, gdy miał gorączkę, którego uczyłam jeździć na rowerze, którego broniłam przed całym światem. Teraz patrzył na mnie z chłodem, jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziałam.
— Mamo, mówiłem ci, żebyś dzwoniła, zanim przyjdziesz — powiedział cicho, ale stanowczo. Za jego plecami widziałam Martę, jego żonę, która nawet nie spojrzała w moją stronę. Udawała, że wyciera blat w kuchni, ale widziałam, jak jej ręce drżą. — Przyniosłam wam zupę. Wiem, że lubisz moją pomidorową, a Marta ostatnio mówiła, że nie ma czasu gotować… — zaczęłam, próbując się uśmiechnąć, choć czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Michał westchnął i spojrzał na mnie z rezygnacją. — Mamo, naprawdę nie trzeba. Mamy wszystko, co trzeba. Marta gotuje, ja też czasem coś zrobię. Nie musisz się tak przejmować.
Zrobiło mi się gorąco. Przecież zawsze się przejmowałam. Odkąd Michał się urodził, był moim całym światem. Po śmierci jego ojca, kiedy miał zaledwie siedem lat, stał się moim jedynym sensem życia. Pracowałam na dwa etaty, żeby niczego mu nie brakowało. Nigdy nie miałam czasu na własne przyjemności, bo wszystko było dla niego. A teraz stałam tu, na klatce schodowej, z garnkiem zupy, jak nieproszony gość.
— Michał, ja tylko… — zaczęłam, ale przerwał mi. — Mamo, proszę cię, nie rób scen. Marta jest zmęczona, ja też. Chcemy trochę spokoju. — Jego słowa były jak policzek. Spojrzałam na Martę, która w końcu podniosła wzrok. W jej oczach widziałam niechęć, może nawet pogardę. — Może zostawię zupę na schodach? — zapytałam cicho. Michał pokręcił głową. — Nie trzeba. Naprawdę. — I zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, drzwi zatrzasnęły się tuż przed moją twarzą.
Stałam tak przez chwilę, nie wiedząc, co zrobić. Garnkiem zupy parzył mnie w dłonie, a łzy zaczęły spływać po policzkach. Przecież chciałam tylko dobrze. Czy to naprawdę tak wiele? Przez całe życie starałam się być najlepszą matką, jaką potrafiłam. Poświęciłam wszystko. Nie miałam przyjaciół, nie wychodziłam do kina, nie jeździłam na wakacje. Wszystko dla Michała. A teraz on nie chce mnie w swoim życiu.
Schodziłam po schodach, czując się jak złodziej. Sąsiadka z drugiego piętra spojrzała na mnie z ciekawością, ale odwróciła wzrok, widząc moje łzy. Wróciłam do pustego mieszkania, w którym każdy kąt przypominał mi o synu. Jego zdjęcia na ścianie, jego książki, które zostawił, gdy się wyprowadzał. Usiadłam przy stole i rozpłakałam się na dobre.
Wieczorem zadzwoniła do mnie Basia, moja przyjaciółka z pracy. — Maria, co się stało? — zapytała, słysząc mój głos. Opowiedziałam jej wszystko, a ona westchnęła. — Może powinnaś dać im trochę przestrzeni? Michał jest dorosły, ma swoją rodzinę. — Ale ja nie umiem inaczej! — wykrzyknęłam. — On był zawsze tylko mój. A teraz ta Marta… Ona mnie nie chce. Ona go ode mnie zabrała!
Basia milczała przez chwilę. — Może to nie o nią chodzi, tylko o ciebie? Może za bardzo się wtrącasz? — Jej słowa bolały, ale wiedziałam, że ma rację. Przypomniałam sobie, jak kilka miesięcy temu przyszłam do nich bez zapowiedzi i zaczęłam poprawiać firanki w salonie. Marta patrzyła na mnie z irytacją, a Michał prosił, żebym nie ruszała jej rzeczy. Wtedy się obraziłam i wyszłam. Potem dzwoniłam codziennie, pytałam, czy wszystko w porządku, czy nie potrzebują pomocy. Może rzeczywiście przesadzałam?
Przez kolejne dni nie mogłam spać. W głowie wciąż słyszałam trzask zamykanych drzwi. Zastanawiałam się, czy powinnam zadzwonić, przeprosić, spróbować jeszcze raz. Ale bałam się, że znowu mnie odrzuci. W końcu napisałam do niego wiadomość: „Michał, przepraszam. Chciałam tylko dobrze. Kocham cię.” Odpisał dopiero po dwóch dniach: „Mamo, musisz pozwolić mi żyć po swojemu. Proszę cię.”
Poczułam się, jakby ktoś wyrwał mi serce. Przez całe życie byłam tylko matką. Nie wiedziałam, kim jestem bez niego. Próbowałam zająć się czymś innym – zaczęłam chodzić na spacery, zapisałam się na zajęcia z jogi, ale wszystko wydawało się takie puste. Każda niedziela była dla mnie torturą, bo zawsze wtedy gotowałam dla Michała obiad. Teraz siedziałam sama przy stole, patrząc na dwa puste talerze.
Czasem myślę, że może rzeczywiście posunęłam się za daleko. Może nie umiałam odpuścić, pozwolić mu być dorosłym. Ale czy to źle, że matka chce być blisko swojego dziecka? Czy naprawdę muszę zniknąć z jego życia, żeby był szczęśliwy?
Dziś znowu ugotowałam pomidorową. Tym razem tylko dla siebie. Siedzę przy stole i patrzę w okno, zastanawiając się, czy jeszcze kiedyś usłyszę od Michała: „Mamo, przyjdź do nas na obiad.” Czy matka może kochać za bardzo? Czy to naprawdę powód, by zamykać przed nią drzwi?
Może powinnam nauczyć się żyć dla siebie. Ale jak to zrobić, kiedy całe życie żyło się dla kogoś innego? Co wy byście zrobili na moim miejscu?