„Mój syn nie będzie służącym w tym domu!” – Historia o tym, jak odnalazłam siebie między oczekiwaniami a marzeniami
– Mój syn nie będzie służącym w tym domu! – krzyk teściowej odbił się echem od ścian naszej kuchni, rozrywając ciszę na strzępy. Stałam przy zlewie z mokrymi rękami, a woda ściekała mi po nadgarstkach. Michał, mój mąż, spuścił wzrok, jakby nagle bardzo zainteresowały go kafelki na podłodze. Ja natomiast poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody.
To był zwykły niedzielny obiad. Zwykły, dopóki nie poprosiłam Michała, żeby pomógł mi z naczyniami. Wtedy właśnie usłyszałam ten krzyk – nie pierwszy raz, ale tym razem coś we mnie pękło.
Przez lata próbowałam być idealną żoną i synową. Kiedy wyszłam za Michała, wiedziałam, że jego matka, pani Zofia, będzie obecna w naszym życiu. Ale nie sądziłam, że jej obecność stanie się ciężarem, który przygniata mnie każdego dnia coraz bardziej.
Początkowo starałam się ją zrozumieć. Wychowana w czasach, gdy kobieta była odpowiedzialna za dom, nie potrafiła zaakceptować tego, że jej syn mógłby pomagać przy sprzątaniu czy gotowaniu. – To twoja rola, Aniu – powtarzała mi z uśmiechem, który bardziej przypominał grymas. – Mężczyzna ma pracować i odpoczywać.
Michał był między młotem a kowadłem. Kochał mnie i chciał pomagać, ale nie potrafił przeciwstawić się matce. Kiedyś próbował: – Mamo, czasy się zmieniły. Ania pracuje tyle samo co ja.
– Pracuje? – prychnęła pani Zofia. – Praca w biurze to nie to samo co dom! Ty masz być głową rodziny!
Z czasem przestałam prosić Michała o pomoc. Robiłam wszystko sama: gotowałam, sprzątałam, prałam jego koszule i skarpetki. Wieczorami padałam na łóżko ze zmęczenia, a on pytał tylko: – Wszystko w porządku?
Nie było w porządku. Czułam się jak cień samej siebie. Moje marzenia o własnej firmie odkładałam na później. „Jeszcze nie teraz”, powtarzałam sobie. Najpierw dom, potem dzieci, potem może ja…
Kiedy urodził się nasz syn, Kuba, sytuacja tylko się pogorszyła. Pani Zofia przychodziła codziennie „pomagać”, ale tak naprawdę kontrolowała każdy mój ruch. – Dziecko powinno spać na brzuchu! – upierała się, choć lekarz mówił inaczej. – Nie karm go tak często! Rozpieścisz go!
Czułam się coraz bardziej osaczona. Michał coraz częściej zostawał dłużej w pracy. Ja zostawałam sama z teściową i jej krytyką.
Pewnego dnia usiadłam na łóżku z Kubą na rękach i zaczęłam płakać. Cicho, żeby nikt nie słyszał. Wtedy zadzwoniła moja mama.
– Aniu, co się dzieje? – zapytała od razu.
Nie wytrzymałam i wszystko jej opowiedziałam. O tym, jak bardzo się staram i jak bardzo czuję się niewidzialna.
– Musisz zawalczyć o siebie – powiedziała cicho. – Inaczej stracisz wszystko, co w tobie najpiękniejsze.
Tej nocy długo nie spałam. Przewracałam się z boku na bok i myślałam o tym, kim byłam kiedyś – dziewczyną z marzeniami o własnej kawiarni, z pasją do pieczenia ciast i rozmów z ludźmi. Gdzie to wszystko się podziało?
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Michałem.
– Musimy coś zmienić – powiedziałam stanowczo. – Nie dam już rady dłużej tak żyć.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
– O co ci chodzi? Przecież wszystko jest dobrze…
– Nie jest dobrze! – podniosłam głos. – Czuję się jak służąca we własnym domu! Twoja mama traktuje mnie jak dziecko, a ty… ty pozwalasz jej na wszystko!
Michał milczał długo.
– Nie chcę wybierać między tobą a mamą…
– Ale ja już wybrałam – powiedziałam cicho.
Zaczęliśmy się kłócić coraz częściej. Pani Zofia była oburzona moją „bezczelnością”. – Kiedyś kobiety wiedziały, gdzie ich miejsce! – rzucała mi w twarz.
W końcu podjęłam decyzję: wracam do pracy na cały etat i zaczynam kurs cukierniczy online. Michał był przeciwny:
– Kto zajmie się domem? Kubą?
– Poradzimy sobie – odpowiedziałam spokojnie.
Początki były trudne. Pani Zofia przestała do nas przychodzić „z zasady”. Michał musiał nauczyć się gotować i prać. Było dużo łez i kłótni, ale też pierwsze małe sukcesy: pierwszy tort upieczony na zamówienie, pierwsza pochwała od klientki.
Z czasem Michał zaczął mnie wspierać. Zobaczył, ile radości daje mi praca i jak bardzo zmieniam się na lepsze.
Dziś prowadzę własną małą cukiernię na warszawskiej Pradze. Michał pomaga mi w weekendy, a Kuba biega między stolikami z uśmiechem.
Czasem jeszcze słyszę w głowie głos pani Zofii: „Mój syn nie będzie służącym w tym domu!” Ale już się go nie boję.
Czy naprawdę musimy poświęcać siebie dla cudzych oczekiwań? A może czasem warto zawalczyć o własne szczęście? Jak wy byście postąpili na moim miejscu?