Mój syn, mój obcy: Prawda, której nie chciałam znać

– Mamo, nie dzwoń do mnie codziennie. Mam swoje życie – usłyszałam w słuchawce głos Marka, mojego jedynego syna. Był chłodny, zmęczony, jakby zniecierpliwiony moją troską. Zamarłam. Chciałam tylko zapytać, czy zjadł coś ciepłego, czy nie zapomniał o lekach na alergię. Odłożyłam telefon i poczułam, jak w gardle rośnie mi gula.

Od kilku lat nasze rozmowy były coraz krótsze. Marek wyprowadził się do Warszawy zaraz po maturze. Studiował informatykę, potem znalazł pracę w jakiejś dużej firmie. Widywaliśmy się rzadko – święta, czasem urodziny. Tłumaczyłam sobie: „Tak to już jest, dzieci dorastają, mają swoje sprawy”. Ale w środku czułam pustkę. Byłam sama w naszym mieszkaniu w Łodzi, a on gdzieś tam, daleko, coraz bardziej nieosiągalny.

Wszystko zmieniło się pewnego marcowego popołudnia. Zadzwoniła do mnie kobieta o imieniu Agata. Przedstawiła się jako koleżanka Marka z pracy. Jej głos drżał.

– Pani Anno, Marek jest w szpitalu. Zasłabł w biurze… Lekarze mówią o wyczerpaniu i… depresji.

Serce mi stanęło. Depresja? Mój Marek? Przecież zawsze był taki silny, samodzielny…

Wsiadłam w pierwszy pociąg do Warszawy. W głowie kłębiły mi się myśli: „Co zrobiłam źle? Dlaczego niczego nie zauważyłam?”

Szpital był szary i zimny. Marek leżał na sali z dwoma innymi mężczyznami. Był blady, wychudzony, miał podkrążone oczy. Kiedy mnie zobaczył, odwrócił wzrok.

– Po co przyjechałaś? – zapytał cicho.

– Synku… – zaczęłam, ale przerwał mi gestem ręki.

– Nie rozumiesz mnie, mamo. Nigdy nie rozumiałaś.

Zabolało mnie to bardziej niż cokolwiek innego. Próbowałam go przytulić, ale odsunął się.

Przez kolejne dni siedziałam przy jego łóżku, rozmawiałam z lekarzami i pielęgniarkami. Widziałam, jak odwiedzają go ludzie, których nie znałam: młody chłopak o imieniu Tomek, starsza kobieta – pani Zofia z sąsiedztwa, koleżanka z pracy – Agata. Rozmawiali z Markiem cicho, czasem śmiali się z żartów, których nie rozumiałam.

Pewnego wieczoru Tomek został dłużej. Siedzieli przy oknie i rozmawiali szeptem. Usłyszałam tylko urywek:

– Marek, musisz jej powiedzieć prawdę…

Zamarłam. O jakiej prawdzie mówili?

Następnego dnia zebrałam się na odwagę i zapytałam Marka:

– Synku… czy jest coś, czego mi nie powiedziałeś?

Spojrzał na mnie długo.

– Mamo… jestem gejem.

Świat zawirował mi przed oczami. Poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi grunt spod nóg.

– Dlatego mnie unikałeś? – wyszeptałam.

– Bałem się twojej reakcji. Bałem się… że mnie odrzucisz.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. W mojej głowie kłębiły się obrazy: Marek jako mały chłopiec bawiący się klockami na dywanie; Marek na studniówce; Marek wyjeżdżający do Warszawy z walizką większą od siebie.

Przez kilka dni chodziłam jak we śnie. Nie potrafiłam rozmawiać z Markiem ani z nikim innym. Wstydziłam się własnych myśli: „Co powiedzą sąsiedzi? Jak ja to powiem rodzinie?”

Agata przyszła do mnie na kawę do szpitalnej stołówki.

– Pani Anno… Marek bardzo pani potrzebuje. On przez lata żył w strachu przed tym, że pani go nie zaakceptuje.

Popatrzyłam na nią bezradnie.

– Ja… ja nie wiem, czy umiem być taką matką…

Agata uśmiechnęła się smutno.

– On już jest dorosły. Ale nadal jest pani synem.

Te słowa długo dźwięczały mi w uszach.

Wieczorem usiadłam przy łóżku Marka i po raz pierwszy od lat zaczęliśmy rozmawiać naprawdę szczerze. Opowiedział mi o swoim życiu w Warszawie – o Tomku, który był jego partnerem od trzech lat; o lęku przed ujawnieniem się w pracy; o samotności i presji bycia „normalnym” synem dla matki z Łodzi.

Płakałam razem z nim. Przepraszałam za to, że nie byłam dla niego wsparciem. On też płakał – pierwszy raz od dzieciństwa widziałam łzy w jego oczach.

Po powrocie do domu długo nie mogłam spać. Przeglądałam stare zdjęcia Marka – z przedszkola, ze szkoły podstawowej, z pierwszych wakacji nad morzem. Zrozumiałam wtedy jedno: przez lata widziałam tylko to, co chciałam widzieć. Nie dostrzegałam prawdziwego Marka – jego lęków, pragnień i samotności.

Dziś nasza relacja jest inna. Uczę się akceptować Marka takim, jakim jest naprawdę – nie takim, jakim chciałam go widzieć. Spotykamy się częściej; czasem przyjeżdża do mnie z Tomkiem na niedzielny obiad. Nadal boję się reakcji rodziny i sąsiadów – ale coraz częściej myślę: „To mój syn i kocham go bez względu na wszystko”.

Czasem patrzę na Marka i pytam siebie: ile jeszcze matek w Polsce boi się poznać prawdziwe życie swoich dzieci? Czy naprawdę lepiej żyć w iluzji niż zmierzyć się z prawdą?