Mój ojciec pobił mnie na weselu siostry przez dom, ale sekret pana młodego zniszczył ich wszystkich
— Oddaj mi ten dom, Krzysiek. To się należy rodzinie, nie tobie! — głos ojca przebił się przez gwar weselnej sali, jakby nagle ktoś wyłączył muzykę i światła. Stałem naprzeciw niego, z kieliszkiem w dłoni, a w środku czułem, jak wszystko we mnie się gotuje. Wokół tańczyli goście, śmiali się, a ja miałem wrażenie, że świat się zatrzymał tylko dla nas dwóch.
— Tato, budowałem ten dom przez trzy lata. Każdą cegłę kładłem sam. To mój dom, mój azyl. — Mówiłem cicho, ale stanowczo. Widziałem, jak jego twarz czerwienieje, jak zaciska pięści. Mama próbowała go powstrzymać, łapiąc za ramię, ale on ją odepchnął.
— Ty niewdzięczniku! — wrzasnął i zanim zdążyłem się odsunąć, poczułem jego pięść na swoim policzku. Upadłem na podłogę, a wokół mnie rozlało się czerwone wino. Goście zamarli, muzyka ucichła. Siostra, w białej sukni, podbiegła do mnie, klękając przy mojej głowie.
— Krzysiek, nic ci nie jest? — szeptała, a jej oczy były pełne łez.
— Wszystko w porządku, Martyna. — próbowałem się uśmiechnąć, ale czułem, jak krew spływa mi z rozciętej wargi.
Ojciec stał nade mną, dysząc ciężko, a w jego oczach widziałem coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem — czystą nienawiść.
— Nie wracaj do tego domu. To już nie jest twoje miejsce. — powiedział, odwracając się na pięcie. Mama płakała, próbując go zatrzymać, ale on był nieugięty.
Wesele mojej siostry zamieniło się w koszmar. Goście szeptali, niektórzy wychodzili, inni patrzyli na mnie z litością. Martyna próbowała ratować sytuację, ale było już za późno. Wszystko się posypało.
Wieczorem siedziałem na schodach przed salą, z papierosem w dłoni, próbując zrozumieć, jak to się stało, że własny ojciec podniósł na mnie rękę. Dołączył do mnie Tomek, świeżo upieczony mąż mojej siostry. Usiadł obok, milcząc przez dłuższą chwilę.
— Przepraszam za to wszystko, Krzysiek. — powiedział w końcu. — Nie tak to miało wyglądać.
— To nie twoja wina. — odpowiedziałem, ale czułem, że coś jest nie tak. Tomek był dziwnie spięty, unikał mojego wzroku.
— Muszę ci coś powiedzieć… — zaczął, ale w tym momencie drzwi otworzyły się z hukiem i wybiegła Martyna, cała we łzach.
— Tomek! — krzyknęła. — Co to ma znaczyć?!
W ręku trzymała telefon, a na ekranie widniały wiadomości. Podeszła do nas, rzucając telefon Tomkowi pod nogi.
— To prawda? — zapytała, a jej głos drżał.
Tomek zbladł. Spojrzał na mnie, potem na Martynę.
— Martyna, ja… chciałem ci powiedzieć, ale… — zaczął się jąkać.
— Zdradzałeś mnie z moją przyjaciółką?! — wrzasnęła, a jej głos odbił się echem po pustej już niemal sali.
Wszyscy, którzy jeszcze zostali, spojrzeli na nas. Mama podeszła, próbując objąć Martynę, ale ona odepchnęła ją, jak wcześniej ojciec.
— Jak mogłeś?! W dniu naszego ślubu?! — łzy spływały jej po policzkach, a ja czułem, jak serce mi pęka.
Tomek spuścił głowę. — Przepraszam… To był błąd… To było tylko raz…
— Raz?! — Martyna krzyczała, a jej głos był pełen bólu. — To była moja najlepsza przyjaciółka!
Wtedy do sali weszła Anka, przyjaciółka Martyny. Wszyscy spojrzeli na nią, a ona stała z podniesioną głową, jakby nic się nie stało.
— Tak, to prawda. — powiedziała cicho. — Przepraszam, Martyna.
Martyna upadła na kolana, szlochając. Mama próbowała ją podnieść, ale ona nie chciała nikogo widzieć. Ojciec stał z boku, milcząc, jakby nagle cały jego gniew wyparował.
Wtedy poczułem, że wszystko, co znałem, rozpadło się na kawałki. Mój dom, moja rodzina, siostra — wszystko zostało zniszczone w jeden wieczór.
Po wszystkim wróciłem do swojego domu. Siedziałem w pustym salonie, patrząc na ściany, które sam pomalowałem, na meble, które sam złożyłem. Czułem się samotny jak nigdy wcześniej.
Telefon dzwonił bez przerwy — mama, Martyna, nawet ojciec próbował się dodzwonić. Nie odbierałem. Potrzebowałem ciszy, żeby zrozumieć, co się stało.
Po kilku dniach Martyna przyszła do mnie. Miała podkrążone oczy, była blada, ale w jej spojrzeniu widziałem determinację.
— Krzysiek, przepraszam za wszystko. — powiedziała. — Nie powinnam była cię prosić o pomoc z Tomkiem. Nie wiedziałam, że on… że oni…
Objąłem ją, a ona rozpłakała się na moim ramieniu.
— To nie twoja wina, Martyna. Każdy z nas popełnia błędy.
— Ale dlaczego wszystko musiało się tak skończyć? — zapytała, patrząc mi w oczy.
Nie miałem odpowiedzi. Wiedziałem tylko, że od tego dnia nic już nie będzie takie samo.
Ojciec nigdy mnie nie przeprosił. Przestał się odzywać, jakby mnie nie było. Mama próbowała nas godzić, ale to już nie miało sensu. Każdy z nas zamknął się w swoim bólu, w swoich żalach.
Czasem zastanawiam się, czy można było to wszystko uratować. Czy gdybym wtedy oddał dom, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy gdyby Tomek był szczery, Martyna byłaby dziś szczęśliwa?
A może po prostu niektóre rodziny są jak domy — czasem trzeba je zburzyć, żeby zbudować coś nowego? Co wy o tym myślicie? Czy można wybaczyć takie rzeczy, czy lepiej zostawić przeszłość za sobą?