Mój ojciec, mój wybór: Niewybaczalne pytanie

– Marta, musisz mi pomóc. – Głos ojca drżał, choć próbował brzmieć stanowczo. Patrzył na mnie z łóżka szpitalnego, a ja czułam, jak moje serce zamienia się w kamień. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. W głowie dudniło mi jedno pytanie: jak można prosić o życie kogoś, komu się je przez tyle lat odbierało?

Wszystko zaczęło się na nowo w tej szpitalnej sali, choć przecież historia naszej rodziny toczyła się od zawsze. Ojciec – Jan Zieliński – był człowiekiem, którego bała się cała rodzina. Wysoki, postawny, z wiecznie zmarszczonym czołem i oczami, które potrafiły przeszyć na wskroś. Kiedy byłam dzieckiem, bałam się jego kroków na klatce schodowej. Wiedziałam, że jeśli wróci w złym humorze, lepiej schować się w swoim pokoju i nie oddychać zbyt głośno.

Mama – Teresa – była cicha i uległa. Zawsze powtarzała: „Tata jest zmęczony, nie denerwuj go”. Kiedyś próbowałam ją przekonać, żebyśmy uciekły. Odpowiedziała tylko: „Nie damy sobie rady”. Mój brat Paweł szybko nauczył się znikać z domu. Ja nie miałam dokąd uciec.

Pierwszy raz uderzył mnie, gdy miałam dziewięć lat. Pamiętam to dokładnie: rozbiłam przypadkiem jego ulubiony kubek. Krzyk, potem ból i ten wstyd, że to moja wina. Przez lata nauczyłam się żyć w cieniu jego gniewu. Nawet kiedy wyprowadziłam się na studia do Warszawy, jego głos siedział mi w głowie.

Przez lata nie utrzymywałam z nim kontaktu. Mama dzwoniła czasem, żeby opowiedzieć o codzienności – o tym, że Paweł znalazł pracę w Norwegii, że sąsiadka z dołu znowu narzeka na hałas. O ojcu mówiła rzadko. Wiedziałam tylko tyle, że coraz częściej choruje.

Aż pewnego dnia zadzwonił telefon. To był Paweł.

– Marta, tata jest w szpitalu. Nerki odmawiają posłuszeństwa. Lekarze mówią o przeszczepie.

– I co ja mam z tym wspólnego? – zapytałam chłodno.

– Jesteś jedyną nadzieją – odpowiedział cicho.

Przez kilka dni nie mogłam spać. Wspomnienia wracały falami: krzyki, trzaskające drzwi, siniaki ukrywane pod długimi rękawami. Ale też te rzadkie chwile, gdy tata zabierał mnie na lody albo pomagał przy lekcjach matematyki. Czy to wystarczyło, by wybaczyć?

W końcu pojechałam do szpitala. Ojciec był cieniem człowieka, którego pamiętałam z dzieciństwa. Wyschnięty, przygarbiony, z oczami pełnymi strachu.

– Marta… – zaczął niepewnie. – Wiem, że nie byłem dobrym ojcem. Ale proszę cię… Pomóż mi.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na niego i czułam mieszaninę gniewu i litości.

Wieczorem zadzwoniła mama.

– On cię potrzebuje – powiedziała łamiącym się głosem. – Wiem, że cię skrzywdził… Ale to twój ojciec.

– A kto mnie wtedy potrzebował? – zapytałam ostro.

Zamilkła.

Przez kolejne dni rodzina zaczęła wywierać na mnie presję. Ciotka Basia przysłała mi SMS-a: „Nie możesz być taka zimna. Rodzina jest najważniejsza”. Paweł przyleciał z Norwegii i próbował mnie przekonać:

– Marta, on się zmienił. Jest chory, słaby… Może to twoja szansa na zamknięcie przeszłości?

Ale czy naprawdę można zamknąć przeszłość jednym gestem? Czy oddanie nerki komuś, kto przez lata odbierał mi poczucie bezpieczeństwa, to wyraz wybaczenia czy raczej kolejny akt przemocy wobec samej siebie?

W pracy nie potrafiłam się skupić. Koleżanka z biura – Ania – zauważyła moją nieobecność myślami.

– Coś się stało? – zapytała pewnego dnia przy kawie.

Opowiedziałam jej wszystko. Siedziała długo w milczeniu.

– Masz prawo odmówić – powiedziała w końcu stanowczo. – To twoje ciało i twoje życie.

Ale czy naprawdę miałam prawo odmówić? Każdego dnia budziłam się z poczuciem winy. Mama płakała przez telefon:

– On umrze bez twojej pomocy…

W końcu zgodziłam się na badania zgodności. Wyniki przyszły po tygodniu: byłam idealnym dawcą.

Ojciec patrzył na mnie z nadzieją.

– Dziękuję ci… – wyszeptał.

Ale ja nie czułam wdzięczności ani ulgi. Czułam tylko pustkę.

Dzień przed operacją odwiedził mnie Paweł.

– Jesteś pewna? – zapytał cicho.

– Nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

W nocy nie spałam ani minuty. Myśli kłębiły się w głowie: czy jeśli uratuję mu życie, coś się zmieni? Czy będę mogła spojrzeć sobie w oczy?

Rano zadzwoniła mama:

– Marta… Jeśli tego nie zrobisz, nigdy sobie nie wybaczysz.

A jeśli zrobię?

Leżałam już na szpitalnym łóżku w białej koszuli operacyjnej, gdy nagle poczułam napad paniki. Serce waliło mi jak oszalałe. Pielęgniarka próbowała mnie uspokoić:

– Wszystko będzie dobrze…

Ale ja zerwałam się z łóżka i wybiegłam na korytarz. Znalazłam mamę siedzącą pod drzwiami sali operacyjnej.

– Nie mogę tego zrobić! – krzyknęłam przez łzy.

Mama spojrzała na mnie ze zdumieniem i rozczarowaniem.

– Marta… On umrze!

– A ja? Ile razy umierałam przez niego?

Wybiegłam ze szpitala i przez godzinę błąkałam się po mieście. W końcu zadzwonił Paweł:

– Rozumiem cię – powiedział cicho. – Może to my powinniśmy byli cię chronić…

Ojciec zmarł dwa tygodnie później. Mama przestała się do mnie odzywać. Ciotka Basia napisała mi list pełen wyrzutów: „Zabiłaś własnego ojca”.

Przez wiele miesięcy żyłam z poczuciem winy i żalu. Ale powoli zaczęłam rozumieć, że czasem trzeba wybrać siebie – nawet jeśli inni tego nie rozumieją.

Dziś patrzę w lustro i pytam siebie: czy mogłam postąpić inaczej? Czy wybaczenie zawsze oznacza poświęcenie siebie?