Miłość na jesieni życia: Ostatni zakład
— Tato, czy ty naprawdę oszalałeś? — głos mojej córki, Magdy, drżał od gniewu i niedowierzania. Stała przede mną w kuchni, zaciśnięte pięści wbijały się w blat stołu. Za jej plecami mój syn, Tomek, patrzył na mnie z wyraźną pogardą.
Miałem wtedy siedemdziesiąt pięć lat. Wydawało mi się, że już nic mnie nie zaskoczy. Że życie po śmierci mojej żony, Hanny, będzie już tylko powolnym gaśnięciem. Przez dziesięć lat byłem sam. Dzieci odwiedzały mnie coraz rzadziej, wnuki miały swoje sprawy. Samotność była jak ciężki płaszcz, którego nie mogłem zdjąć.
Aż pewnego dnia w parku spotkałem Zofię. Miała siwe włosy spięte w kok i śmiała się tak głośno, że aż ptaki zrywały się z drzew. Rozmawialiśmy o wszystkim: o dawnych filmach, o tym, jak kiedyś smakował chleb, o strachu przed starością. Z każdym kolejnym spotkaniem czułem się coraz lżejszy. Jakbym znów miał dwadzieścia lat.
Nie planowałem się zakochać. Ale miłość przyszła sama, niespodziewanie i bezczelnie. Zofia była wdową od piętnastu lat. Miała dorosłą córkę w Gdańsku i wnuka, którego widywała raz na pół roku. Byliśmy dla siebie jak dwa zagubione liście na jesiennym wietrze.
Kiedy powiedziałem dzieciom, że chcę się ożenić z Zofią, myślałem naiwnie, że się ucieszą. Że zrozumieją, jak bardzo potrzebuję bliskości. Ale zamiast tego usłyszałem tylko zarzuty:
— Ona chce twoich pieniędzy! — krzyczał Tomek.
— To brak szacunku dla mamy! — płakała Magda.
Próbowałem tłumaczyć, że Zofia nie interesuje się moim majątkiem. Że razem śmiejemy się i płaczemy, że znów czuję się potrzebny. Ale oni nie chcieli słuchać. Przestali odbierać telefony. Wnuki przestały przychodzić na niedzielny rosół.
Zofia widziała mój ból. — Może powinniśmy zrezygnować? — zapytała cicho pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy razem na ławce pod blokiem.
— Nie mogę — odpowiedziałem. — Przez całe życie robiłem to, czego ode mnie oczekiwano. Teraz chcę być szczęśliwy.
Ślub był skromny. Tylko my dwoje i dwóch świadków z sąsiedztwa. Po wszystkim poszliśmy na lody do tej samej cukierni, gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy. Zofia trzymała mnie za rękę i śmiała się przez łzy.
Ale radość była gorzka. Każdego dnia czekałem na telefon od Magdy albo Tomka. Każdego dnia miałem nadzieję, że ktoś zapuka do drzwi i powie: „Tato, przepraszam”. Ale nikt nie przyszedł.
Zofia robiła wszystko, bym nie czuł się samotny. Razem gotowaliśmy obiady, chodziliśmy do kina dla seniorów, graliśmy w szachy na starym balkonie. Ale wieczorami widziała mój smutek.
— Może napisz list? — zaproponowała pewnego razu.
Napisałem więc do Magdy:
„Córko,
Wiem, że jesteś na mnie zła. Wiem też, że trudno ci zaakceptować moją decyzję. Ale proszę cię — spróbuj mnie zrozumieć. Samotność jest gorsza niż śmierć. Chciałbym jeszcze przez chwilę być szczęśliwy. Czy to naprawdę tak wiele? Twój tata”
Nie odpowiedziała.
Minęły miesiące. Zofia zaczęła chorować — najpierw drobne infekcje, potem poważniejsze problemy z sercem. Spędzałem z nią całe dnie w szpitalu, trzymając ją za rękę i opowiadając historie z młodości.
Pewnego dnia wróciłem do pustego mieszkania i zobaczyłem na wycieraczce kopertę. Pismo Magdy było rozpoznawalne od razu:
„Tato,
Nie rozumiem cię i chyba nigdy nie zrozumiem. Ale jeśli Zofia daje ci szczęście, to życzę wam dobrze. Może kiedyś uda nam się porozmawiać bez żalu.
Magda”
Płakałem wtedy jak dziecko.
Zofia odeszła kilka miesięcy później. Trzymałem ją za rękę do ostatniej chwili. Jej ostatnie słowa brzmiały: „Dziękuję ci za odwagę kochać”.
Dziś siedzę sam przy kuchennym stole i patrzę na stare zdjęcia: Hanny, dzieci, wnuków… i Zofii z jej szerokim uśmiechem.
Czasem pytam siebie: czy warto było postawić wszystko na jedną kartę? Czy miłość w starości jest luksusem czy prawem każdego człowieka? Czy dzieci kiedykolwiek mi wybaczą?
Może nie znajdę już odpowiedzi na te pytania. Ale wiem jedno: nawet jeśli zapłaciłem wysoką cenę za tę miłość, przez chwilę byłem naprawdę szczęśliwy.
A wy? Czy odważylibyście się jeszcze raz postawić wszystko na miłość?