Miłość czy prawda? Historia matki, która musiała wybrać między córką a sumieniem
– Mamo, nie rozumiesz! On mnie niszczył! – krzyczała Ewa, a jej głos odbijał się echem od ścian mojego małego mieszkania na Pradze. Stała w drzwiach kuchni, z oczami pełnymi łez i gniewu. Ja, Maria, jej matka, ściskałam w dłoniach kubek z herbatą tak mocno, że aż bolały mnie palce.
To był wieczór, kiedy Ewa wróciła od prawnika. Jej małżeństwo z Pawłem właśnie się rozpadało. Przyszła do mnie po wsparcie – i dostała je bez wahania. Byłam przekonana, że to on ją zdradził, że ją krzywdził. Przecież znałam Pawła tylko z tej strony, którą pokazywała mi córka: chłodny, zamknięty w sobie, wiecznie niezadowolony. Nie miałam powodu jej nie wierzyć.
Przez kolejne miesiące byłam jej tarczą. Rozmawiałam z jej teściową przez telefon, tłumaczyłam znajomym, dlaczego Ewa musiała odejść. Pomagałam przy wnuczce – małej Zosi – gdy Ewa płakała w łazience albo nie miała siły wstać z łóżka. Byłam dumna z siebie, że jestem taką matką. Lojalną. Oddaną.
Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło.
Zadzwonił do mnie Paweł. Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy sami. Jego głos był cichy, zmęczony.
– Pani Mario… Czy mogę się spotkać? Chciałbym coś wyjaśnić.
Nie chciałam się zgodzić. Ale coś w jego głosie sprawiło, że się zawahałam. Spotkaliśmy się w kawiarni na Grochowie. Paweł wyglądał na starszego o dziesięć lat niż wtedy, gdy widziałam go ostatni raz.
– Wiem, że Ewa mówi pani różne rzeczy – zaczął. – Ale proszę… Proszę posłuchać też mojej wersji.
Opowiedział mi o zdradzie. O tym, jak Ewa zakochała się w swoim szefie i przez pół roku prowadziła podwójne życie. O kłamstwach, o pieniądzach z ich wspólnego konta, które nagle znikały. O tym, jak próbował ratować ich małżeństwo dla Zosi.
Nie chciałam wierzyć. To nie mogła być moja córka! Ale kiedy wróciłam do domu i spojrzałam Ewie w oczy, zobaczyłam tam coś nowego – cień winy.
– Mamo… – zaczęła cicho. – To nie jest takie proste…
– Czy to prawda? – zapytałam drżącym głosem.
Milczała przez długą chwilę. Potem skinęła głową.
Tamtego wieczoru świat mi się zawalił. Poczułam się zdradzona nie tylko przez Pawła, ale przede wszystkim przez własną córkę. Przez pół roku walczyłam o jej dobre imię, kłóciłam się z rodziną Pawła, odwróciłam się od ludzi, którzy próbowali mi coś powiedzieć.
Zaczęły się kłótnie. Ewa zarzucała mi brak wsparcia.
– Jesteś moją matką! Powinnaś być po mojej stronie!
– A co z prawdą? Co z Pawłem? Co z Zosią?
– Ty nic nie rozumiesz! Zawsze byłaś po stronie innych!
Wtedy pierwszy raz poczułam się jak wróg własnego dziecka.
Przez kolejne tygodnie nasze relacje były coraz gorsze. Ewa przestała przychodzić z Zosią. Przestała odbierać telefony. W święta siedziałam sama przy stole i patrzyłam na pusty talerz dla niespodziewanego gościa – tym razem to ja byłam tą niespodziewaną osobą we własnym życiu.
Moja siostra Basia próbowała mnie pocieszać:
– Daj jej czas. Każdy popełnia błędy.
Ale ja nie umiałam sobie wybaczyć. Czy byłam złą matką? Czy powinnam była bronić Ewy za wszelką cenę? Czy lojalność wobec dziecka oznacza ślepotę na jego winy?
Pewnego dnia spotkałam Zosię na placu zabaw z Pawłem. Podbiegła do mnie z uśmiechem:
– Babciu! Tęskniłam!
Przytuliłam ją mocno i poczułam łzy napływające do oczu. Paweł spojrzał na mnie ze smutkiem.
– Nie chcę pani zabierać wnuczki – powiedział cicho. – Ale proszę… Niech pani nie pozwoli Ewie odciąć Zosi od rodziny.
Wróciłam do domu i długo płakałam. Wiedziałam już, że muszę wybrać: albo będę ślepo lojalna wobec córki i stracę kontakt z wnuczką, albo spróbuję pogodzić się z Pawłem i być dla Zosi wsparciem – nawet jeśli Ewa tego nie zaakceptuje.
Napisałam do Ewy długi list. Przeprosiłam za wszystko: za to, że nie widziałam jej cierpienia, za to, że ją osądzałam, ale też za to, że nie potrafię być matką „na ślepo”. Że kocham ją bezwarunkowo, ale nie umiem udawać, że nic się nie stało.
Nie odpowiedziała.
Minęły miesiące. Czasem widuję Zosię u Pawła. Czasem mijam Ewę na ulicy – wtedy odwraca wzrok. Serce mi pęka za każdym razem.
Dziś siedzę przy oknie i patrzę na zachód słońca nad Warszawą. Myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy można być dobrą matką, jeśli wybiera się prawdę zamiast lojalności? Czy miłość wystarczy, by uleczyć rany zadane przez najbliższych?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu?