Między Ciszą a Kłamstwem: Historia o Zdradzie i Odwadze
W sobotę rano znów zniknął. Torba na wędki, ten sam flanelowy sweter, zapach benzyny i krótkie „będę w niedzielę”. Znałam ten scenariusz od miesięcy. „Ryby”, mówił. Zawsze te cholerne ryby. Kiedyś nawet kupił mi filety z marketu i udawał, że sam złowił. Ale coś się nie zgadzało. Nie pachniał jeziorami. Nie był zmęczony. I nigdy nie przynosił żadnych opowieści o tym, jak walczył z wielkim szczupakiem czy jak zgubił przynętę w trzcinach.
Siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na pustą filiżankę po kawie, kiedy zadzwoniła sąsiadka – pani Halina z naprzeciwka, ta sama, która zawsze wie wszystko pierwsza. „Pani Aniu, nie chcę się wtrącać, ale widziałam dziś pana Marka na mieście. Nie był sam.” Głos jej drżał, jakby bała się, że zaraz wybuchnę płaczem. „Z kim?” – zapytałam, choć już czułam, jak serce wali mi w piersi. „Z tą młodą blondynką, co czasem przychodzi do apteki. Trzymali się za ręce.”
Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Chyba tylko podziękowałam i odłożyłam słuchawkę. Przez chwilę siedziałam bez ruchu, próbując zrozumieć, czy to naprawdę dzieje się w moim życiu. Przecież Marek był moim mężem od piętnastu lat. Mieliśmy razem dom, syna w liceum, kredyt na głowie i wspólne plany na wakacje nad morzem. Czy to wszystko było kłamstwem?
Wieczorem zadzwoniłam do niego. Odebrał po kilku sygnałach. „Co tam?” – zapytał z udawaną beztroską. „Jak ryby?” – rzuciłam, starając się brzmieć normalnie. „Słabo biorą, ale jest fajnie” – odpowiedział szybko. Słyszałam w tle śmiech kobiety. Zamarłam. „Kto tam z tobą jest?” – zapytałam cicho. Przez chwilę milczał. „Koledzy” – rzucił i rozłączył się.
Noc była długa i bezsenna. Przewracałam się z boku na bok, analizując każde jego słowo z ostatnich miesięcy. Przypomniałam sobie te wszystkie wieczory, kiedy wracał późno, tłumacząc się korkami albo spotkaniem z kolegami z pracy. Te wszystkie SMS-y, które szybko kasował, gdy tylko podchodziłam bliżej. I nagle wszystko stało się jasne.
W niedzielę wrócił jak zwykle – uśmiechnięty, z torbą pełną pustych pudełek po przynętach i butelką piwa dla mnie. „Jak było?” – zapytałam spokojnie. „Super! Szkoda, że cię nie było” – odpowiedział i pocałował mnie w czoło jak dziecko.
Nie wytrzymałam. „Marek, przestań kłamać” – powiedziałam nagle, patrząc mu prosto w oczy. Zamarł z butelką w ręce. „O czym ty mówisz?”
„Wiem o tej kobiecie” – wyszeptałam. „Widziano was razem.”
Przez chwilę patrzył na mnie bez słowa, a potem opuścił głowę. „To nie tak…”
„To właśnie tak” – przerwałam mu drżącym głosem.
Usiadł ciężko na krześle i schował twarz w dłoniach. „Nie chciałem cię ranić…”
„Ale zraniłeś” – odpowiedziałam cicho.
Przez następne dni Marek spał na kanapie w salonie. Nasz syn Kacper wyczuwał napięcie i coraz częściej zamykał się w swoim pokoju. Ja chodziłam do pracy jak automat – uczyłam matematyki w podstawówce i musiałam udawać przed dziećmi, że wszystko jest w porządku.
Wieczorami płakałam do poduszki, a potem pisałam długie wiadomości do przyjaciółki Magdy, która próbowała mnie pocieszyć: „Anka, nie jesteś sama! Dasz radę!”
Ale ja nie czułam się silna. Czułam się oszukana i bezradna.
Po tygodniu Marek przyszedł do mnie wieczorem. Usiadł naprzeciwko i długo milczał.
„Nie wiem, co mam zrobić” – powiedział w końcu.
„Może zacznij od prawdy” – odpowiedziałam.
Opowiedział mi wszystko: że poznał ją przypadkiem na stacji benzynowej, że poczuł się przy niej młodszy i ważny, że nie chciał mnie zostawiać, ale nie potrafił przestać myśleć o tej drugiej kobiecie.
„Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć” – powiedziałam szczerze.
„Nie proszę cię o wybaczenie… Chcę tylko być uczciwy” – odpowiedział.
Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Kacper coraz częściej pytał: „Mamo, czy wszystko będzie dobrze?”
Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć.
W końcu zdecydowałam się na rozmowę z Markiem o rozwodzie. Bałam się tej chwili jak ognia, ale wiedziałam, że nie mogę dłużej żyć w kłamstwie.
Spotkaliśmy się u prawnika w centrum miasta. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak obcy ludzie.
Po wszystkim wróciłam do domu i długo patrzyłam przez okno na puste podwórko.
Kacper przytulił mnie mocno: „Mamo, damy radę”.
Może rzeczywiście damy radę? Może czasem trzeba stracić wszystko, żeby odnaleźć siebie? Czy można jeszcze zaufać komuś po takim bólu? Czy warto próbować budować życie od nowa?
Czasem zastanawiam się: ile jeszcze kobiet siedzi teraz przy kuchennym stole i czeka na powrót męża z „ryb”? Ile z nich odważy się zapytać o prawdę? I czy ta prawda naprawdę nas wyzwala?