„Macie miesiąc na znalezienie sobie innego mieszkania. Od teraz będę mieszkać sama” – historia o matce, która musiała wyrzucić z domu swoje córki
– Mamo, nie możesz nas tak po prostu wyrzucić! – krzyknęła Ania, a jej głos odbił się echem od ścian naszego dwupokojowego mieszkania na warszawskim Bródnie. Stałam w kuchni, z rękami opartymi o blat, czując jak serce wali mi w piersi. Zza drzwi dobiegał płacz młodszej Kasi, która nie potrafiła zrozumieć, dlaczego jej własna matka nagle zamienia się w kogoś obcego.
Nie spałam całą noc. Wpatrywałam się w sufit, licząc pęknięcia w farbie, próbując znaleźć sens w tym, co właśnie zrobiłam. Przez trzydzieści lat byłam matką – najpierw Ani, potem Kasi. Po śmierci męża zostałyśmy same. Miałam wtedy trzydzieści jeden lat i poczucie, że świat się skończył. Ale nie mogłam się poddać – dziewczynki potrzebowały mnie bardziej niż kiedykolwiek.
Pracowałam na dwa etaty: rano w szkole jako woźna, po południu sprzątałam klatki schodowe. Każda złotówka była na wagę złota. Ania była wtedy zbuntowaną nastolatką, a Kasia – cichą, zamkniętą w sobie dziewczynką, która nie potrafiła odnaleźć się bez ojca. Przez lata byłam dla nich wszystkim: matką, ojcem, przyjaciółką i powierniczką. Nie miałam czasu na siebie, na własne marzenia czy odpoczynek.
Z czasem dziewczynki dorosły. Ania skończyła studia, znalazła pracę w korporacji i… wróciła do domu, bo „tak taniej”. Kasia zaczęła studia zaoczne i pracowała dorywczo w kawiarni. Obie mieszkały ze mną, bo „tak wygodniej”. Przez lata powtarzałam sobie, że to tylko chwilowe – że w końcu wyfruną z gniazda. Ale mijały lata, a one coraz bardziej rozsiadały się w moim życiu.
Pewnego dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam bałagan w kuchni: brudne naczynia piętrzyły się w zlewie, na stole leżały resztki pizzy, a na podłodze – rozlane mleko. Ania siedziała na kanapie z laptopem na kolanach, Kasia rozmawiała przez telefon. – Może byście posprzątały? – zapytałam zmęczonym głosem.
– Zaraz, mamo. Mam ważny call – rzuciła Ania nawet na mnie nie patrząc.
– Ja wychodzę za chwilę do pracy – dodała Kasia.
Wtedy coś we mnie pękło. Poczułam się jak służąca we własnym domu. Przez kolejne dni próbowałam rozmawiać z dziewczynami o obowiązkach domowych, o szacunku do mnie i do siebie nawzajem. Słyszałam tylko: „Mamo, przesadzasz”, „Daj spokój”, „To tylko chwilowe”.
Pewnego wieczoru usiadłam przy stole z kartką papieru i długopisem. Zaczęłam pisać list do samych siebie sprzed lat: „Droga Marysiu, pamiętaj o sobie. Nie pozwól się zniszczyć własnej rodzinie”.
Następnego dnia zebrałam się na odwagę. Weszłam do pokoju dziewczyn i powiedziałam: – Macie miesiąc na znalezienie sobie innego mieszkania. Od teraz będę mieszkać sama.
Najpierw była cisza. Potem wybuchł płacz i krzyki. – Jak możesz?! – wrzeszczała Ania. – Przecież jesteśmy rodziną!
– Właśnie dlatego – odpowiedziałam cicho. – Bo już nie mam siły być waszą matką i służącą jednocześnie.
Przez kolejne dni atmosfera w domu była gęsta jak mgła nad Wisłą jesienią. Dziewczyny przestały się do mnie odzywać. Chodziły obrażone, trzaskały drzwiami, rozmawiały ze sobą szeptem za moimi plecami.
Wieczorami płakałam w poduszkę. Czułam się jak najgorsza matka świata. Przecież matka powinna kochać bezwarunkowo, prawda? Ale czy miłość to pozwalanie na wszystko? Czy to znaczy zapominać o sobie?
Po tygodniu Ania przyszła do mnie z płaczem:
– Mamo… Ja nie wiem, jak sobie poradzimy…
– Dasz radę – odpowiedziałam łagodnie. – Jesteś dorosła. Musisz nauczyć się żyć sama.
Kasia milczała przez kilka dni. W końcu napisała mi SMS-a: „Przepraszam za wszystko”.
Mijały kolejne dni. Dziewczyny zaczęły szukać mieszkania. Widziałam ich strach i niepewność, ale też… coś nowego: determinację.
W ostatnią noc przed ich wyprowadzką usiadłyśmy razem przy stole. Było cicho. W końcu Ania powiedziała:
– Może kiedyś to zrozumiemy.
Kasia dodała:
– Kocham cię, mamo.
Objęłam je obie i płakałyśmy razem długo.
Teraz siedzę sama w pustym mieszkaniu. Słyszę ciszę, której tak bardzo pragnęłam… ale też boję się jej jak nigdy wcześniej.
Czy zrobiłam dobrze? Czy można być dobrą matką i jednocześnie zadbać o siebie? A może egoizm to czasem jedyna droga do ocalenia własnej duszy?