Kiedy telefon mojej córki boli bardziej niż cisza – Historia matki między miłością, rozczarowaniem i granicami
– Mamo, pożyczysz mi jeszcze te pięćset złotych? – głos Oli był napięty, a ja już wiedziałam, co odpowiem, choć gardło miałam ściśnięte. Siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na stare zdjęcie naszej rodziny. Na nim Ola miała jeszcze długie warkocze i uśmiech, który rozświetlał cały dom. Teraz jej głos przez telefon był chłodny, obcy.
– Olu, już rozmawiałyśmy o tym… – zaczęłam cicho, ale przerwała mi zniecierpliwiona.
– Wiem, wiem! Zawsze to samo. Ale tym razem naprawdę muszę. – Jej ton był ostry jak nóż.
Zacisnęłam dłonie na filiżance. Ile razy już słyszałam te słowa? Ile razy dawałam jej pieniądze, tłumacząc sobie, że to tylko chwilowe trudności? Że przecież każdemu może się powinąć noga? Ale z czasem te telefony stały się moją największą udręką. Zamiast czekać na rozmowę z córką z radością, zaczęłam bać się dźwięku telefonu. Każdy sygnał oznaczał kolejną prośbę, kolejne rozczarowanie.
Ola wyprowadziła się do Warszawy zaraz po maturze. Byłam dumna – dostała się na wymarzone studia, miała plany i marzenia. Przez pierwsze miesiące dzwoniła codziennie. Opowiadała o nowych znajomych, o wykładach, o tym, jak bardzo tęskni za domem. Potem rozmowy stawały się coraz rzadsze. Aż pewnego dnia zadzwoniła tylko po to, by poprosić o pieniądze. „Mamo, nie starczyło mi na czynsz” – powiedziała wtedy. Dałam jej wszystko, co miałam.
Z czasem prośby o wsparcie finansowe stawały się coraz częstsze. Najpierw na książki, potem na jedzenie, potem na „nieprzewidziane wydatki”. Zawsze tłumaczyła się tak samo: „To tylko tymczasowe”. Ale tymczasowość trwała już dwa lata. Zauważyłam też zmianę w jej głosie – coraz mniej w nim było czułości, coraz więcej pretensji.
Pamiętam jedną z naszych ostatnich rozmów twarzą w twarz. Przyjechała do domu na święta. Siedziałyśmy przy stole, a ona niemal nie odrywała wzroku od telefonu.
– Ola, czy możesz odłożyć ten telefon chociaż na chwilę? – poprosiłam łagodnie.
– Mamo, mam ważne sprawy! – odpowiedziała zirytowana.
Wtedy poczułam się jak intruz we własnym domu. Jakbyśmy były sobie zupełnie obce.
Próbowałam rozmawiać z nią o tym, co się dzieje. Pytałam: „Czy wszystko w porządku? Może potrzebujesz pomocy?” Zbywała mnie krótkimi odpowiedziami lub zmieniała temat. Zaczęłam podejrzewać, że coś ukrywa – może długi? Może złe towarzystwo? Ale nie chciała ze mną rozmawiać.
Mój mąż Janek próbował mnie pocieszać:
– Daj jej czas. Młodzi muszą popełniać własne błędy.
Ale ja nie mogłam patrzeć, jak moja córka oddala się ode mnie z każdym kolejnym telefonem. Czułam się bezradna i winna jednocześnie – czy to ja ją tak wychowałam? Czy za bardzo ją rozpieszczałam?
Pewnego wieczoru zadzwoniła późno w nocy. Byłam już w łóżku, ale odebrałam natychmiast.
– Mamo… przepraszam, że tak późno…
Serce mi zamarło.
– Co się stało?
– Potrzebuję pieniędzy…
Tym razem nie wytrzymałam.
– Olu! Czy ty mnie w ogóle jeszcze kochasz? Czy jestem dla ciebie tylko bankomatem?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Jak możesz tak mówić?! – krzyknęła w końcu. – Gdybyś mnie kochała, pomogłabyś mi!
Rozłączyła się. Leżałam potem długo w ciemności i płakałam. Próbowałam sobie przypomnieć moment, w którym straciłyśmy ze sobą kontakt – kiedy przestałyśmy być matką i córką, a stałyśmy się dwiema obcymi kobietami połączonymi rachunkiem telefonicznym i przelewami bankowymi.
Następnego dnia zadzwoniła jeszcze raz. Tym razem nie odebrałam. Siedziałam przy stole i patrzyłam na telefon, który dzwonił i dzwonił. W końcu ucichł. Poczułam ulgę i ból jednocześnie.
Przez kolejne dni próbowałam poukładać sobie wszystko w głowie. Rozmawiałam z Jankiem, płakałam do poduszki, pisałam listy do Oli, których nigdy nie wysłałam. Zrozumiałam jedno: jeśli nie postawię granic teraz, stracę ją na zawsze – albo jako córkę, albo jako człowieka.
Po tygodniu zadzwoniła ponownie.
– Mamo…
– Olu – przerwałam jej spokojnie – kocham cię najbardziej na świecie. Ale nie mogę już ci pomagać w ten sposób. Jeśli chcesz porozmawiać o czymś innym niż pieniądze – jestem tu dla ciebie zawsze.
Znowu cisza.
– Nie rozumiesz mnie…
– Może rzeczywiście nie rozumiem wszystkiego – odpowiedziałam łagodnie – ale wiem jedno: miłość to nie jest tylko dawanie pieniędzy. Chcę być twoją mamą, nie twoim bankiem.
Rozłączyła się bez słowa.
Od tamtej pory minęły trzy miesiące. Ola nie dzwoni już tak często. Czasem wysyła krótką wiadomość: „Wszystko ok” albo „Dziękuję za wszystko”. Czasem milczy tygodniami. Tęsknię za nią każdego dnia, ale wiem też, że musiałam postawić granicę – dla niej i dla siebie.
Często zastanawiam się: czy zrobiłam dobrze? Czy mogłam postąpić inaczej? Czy matczyna miłość powinna mieć granice? A może właśnie dzięki nim uczymy nasze dzieci odpowiedzialności?
Może kiedyś Ola zrozumie moje decyzje i wróci do mnie nie po pieniądze, ale po rozmowę i bliskość… Czy każda matka musi przejść przez taki ból? Czy można kochać kogoś tak bardzo i jednocześnie pozwolić mu odejść?