Kiedy telefon dzwoni i boli: Historia matki z Wrocławia i jej oddalonej córki

– Mamo, mogłabyś mi pożyczyć jeszcze dwieście złotych? – głos Marty w słuchawce był cichy, niemal zawstydzony, ale ja już znałam ten ton. Zanim odpowiedziałam, poczułam znajome ukłucie w sercu. To nie był pierwszy raz. Ostatnio każda nasza rozmowa zaczynała się lub kończyła prośbą o pieniądze.

Nazywam się Barbara. Mam pięćdziesiąt sześć lat, mieszkam z mężem Andrzejem na Oporowie we Wrocławiu. Kiedyś czekałam na telefon od Marty z bijącym sercem – ciekawa, co u niej, jak sobie radzi na studiach w Warszawie, czy poznała kogoś nowego. Teraz każda rozmowa to walka między miłością a poczuciem bycia wykorzystywaną.

Pamiętam dzień, kiedy Marta wyjeżdżała. Stała w drzwiach z walizką, a ja udawałam, że nie płaczę. „Mamo, nie martw się, będę dzwonić co tydzień!” – obiecała wtedy. Przez pierwsze miesiące rzeczywiście dzwoniła często, opowiadała o nowych znajomych, o wykładach, o tym, jak trudno jest znaleźć tani pokój w Warszawie. Czułam dumę i radość, że wychowałam taką odważną córkę.

Ale potem coś się zmieniło. Rozmowy stawały się coraz krótsze, coraz bardziej powierzchowne. Aż w końcu zaczęły się prośby o pieniądze. Najpierw na czynsz, potem na książki, potem na „nieprzewidziane wydatki”. Zawsze tłumaczyła się: „Mamo, to ostatni raz”, „Wiesz, życie w Warszawie jest drogie”, „Obiecuję, oddam jak tylko dostanę stypendium”.

Andrzej patrzył na mnie z wyrzutem za każdym razem, gdy przelewałam kolejne pieniądze. „Barbaro, ona musi nauczyć się odpowiedzialności. My też nie mieliśmy lekko, ale dawaliśmy radę” – powtarzał. Ale ja nie umiałam odmówić. Przecież to moja córka! Czy matka może zostawić dziecko bez pomocy?

Ostatnio jednak zaczęłam czuć się coraz bardziej zmęczona tą sytuacją. Zaczęłam zadawać sobie pytania: Czy Marta naprawdę mnie potrzebuje? Czy może tylko nauczyła się, że zawsze ją uratuję? Czy jestem dla niej matką czy bankomatem?

Pewnego wieczoru siedzieliśmy z Andrzejem przy stole w kuchni. On czytał gazetę, ja patrzyłam w okno na ciemniejące niebo nad Wrocławiem.
– Może powinnaś jej powiedzieć „nie” – odezwał się nagle Andrzej.
– Boję się, że wtedy przestanie dzwonić – odpowiedziałam cicho.
– A teraz? Dzwoni tylko wtedy, kiedy czegoś chce.

Te słowa bolały bardziej niż chciałam przyznać. Przez całą noc przewracałam się z boku na bok. Przypominałam sobie Martę jako małą dziewczynkę: jej śmiech, jej pierwsze kroki, jak tuliła się do mnie po koszmarze sennym. Gdzie podziała się ta bliskość?

Następnego dnia zadzwoniłam do Marty sama. Chciałam porozmawiać o czymś innym niż pieniądze.
– Cześć kochanie! Jak tam u ciebie? – zapytałam z nadzieją.
– W porządku… – odpowiedziała szybko. – Słuchaj mamo, właśnie miałam do ciebie dzwonić…
Już wiedziałam, co usłyszę dalej.

Tym razem zebrałam się na odwagę.
– Marto, musimy porozmawiać poważnie. Czuję się trochę… wykorzystywana. Tęsknię za tobą, za naszymi rozmowami o wszystkim i o niczym. Nie chcę być tylko twoim bankomatem.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Mamo… przepraszam – powiedziała w końcu cicho. – Nie chciałam cię zranić. Po prostu… czasem nie wiem już do kogo się zwrócić.

Rozmawiałyśmy długo tej nocy. Marta opowiedziała mi o swoich lękach – o tym, że boi się porażki, że nie radzi sobie z samotnością w wielkim mieście, że czasem nie ma siły wstać z łóżka. Płakałyśmy obie.

Po tej rozmowie przez kilka dni było lepiej. Marta dzwoniła częściej, opowiadała o codziennych sprawach. Ale potem znów zaczęły wracać stare schematy: prośby o pieniądze, wymijające odpowiedzi na pytania o przyszłość.

Z Andrzejem coraz częściej się kłóciliśmy. On uważał, że powinnam postawić granice; ja czułam się rozdarta między jego racjami a matczynym sercem. Pewnego wieczoru wybuchłam:
– Może to ty powinieneś z nią porozmawiać! Może ciebie posłucha!
Andrzej westchnął ciężko:
– Ona musi sama dorosnąć. My już swoje zrobiliśmy.

Czułam się bezsilna i samotna jak nigdy wcześniej. Zaczęłam unikać spotkań ze znajomymi – bałam się pytań o Martę, o jej sukcesy i plany na przyszłość. W pracy byłam rozkojarzona; szefowa zwróciła mi uwagę na błędy w raportach.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie siostra:
– Basia, musisz pomyśleć też o sobie. Nie możesz żyć tylko problemami Marty.
Ale jak to zrobić? Jak przestać być matką?

W końcu postanowiłam pójść do psychologa. Bałam się tego kroku – przecież powinnam sobie radzić sama! Ale już nie dawałam rady.

Na pierwszym spotkaniu pani psycholog zapytała:
– Czego pani najbardziej się boi?
Odpowiedź przyszła mi łatwo:
– Że stracę córkę na zawsze.

Pracowałyśmy nad tym lękiem przez wiele tygodni. Uczyłam się stawiać granice – nie tylko Marcie, ale też samej sobie. Uczyłam się mówić „nie” bez poczucia winy.

Dziś nasze relacje z Martą są inne niż kiedyś. Nadal czasem prosi o pomoc finansową – ale już nie tak często i nie tak nachalnie. Częściej rozmawiamy o jej życiu, planach i marzeniach. Zaczynam powoli odzyskiwać spokój ducha.

Czasem jednak wciąż budzę się w nocy i pytam sama siebie: czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy to ja popełniłam błąd jako matka? Czy jeszcze możemy odzyskać naszą rodzinę taką, jaką była kiedyś?

A może każda rodzina musi przejść przez swoje kryzysy i nauczyć się żyć na nowo? Co wy byście zrobili na moim miejscu?