Kiedy rodzina staje się obca: Historia Darii z Warszawy o dziedzictwie, które rozbiło nasze życie
– Daria, podpiszesz to czy nie? – głos mojego brata, Pawła, odbijał się echem w pustym salonie babcinego mieszkania. Stał naprzeciwko mnie, z dokumentami w ręku, a jego oczy były zimne jak lód.
Jeszcze kilka miesięcy temu nie wyobrażałam sobie, że będziemy rozmawiać w taki sposób. Że będę patrzeć na własnego brata i czuć… strach? Złość? Rozczarowanie? Wszystko naraz.
Babcia zmarła w lutym. Pamiętam ten dzień jak przez mgłę – telefon od mamy o szóstej rano, jej głos drżący od płaczu: „Daria, babcia nie żyje”. Potem szpital, formalności, pogrzeb. Wszyscy byliśmy wtedy razem – ja, Paweł, mama i tata. Trzymaliśmy się za ręce nad grobem babci na Bródnie, a śnieg sypał cicho na czarne płaszcze.
Wydawało mi się, że to nas zbliży. Że po tylu latach drobnych sprzeczek i cichych dni w domu, śmierć babci sprawi, że staniemy się sobie bliżsi. Ale myliłam się. To był początek końca.
Po pogrzebie zaczęły się rozmowy o spadku. Babcia zostawiła mieszkanie na Żoliborzu – stare, ale zadbane, z widokiem na park. Tam spędziłam dzieciństwo. To tam uczyłam się czytać, tam babcia piekła dla mnie szarlotkę i pozwalała spać do południa w wakacje. Dla Pawła to miejsce było tylko adresem.
– Daria, nie rób scen – syknął Paweł, widząc łzy w moich oczach. – To tylko mieszkanie. Sprzedamy je i podzielimy się pieniędzmi.
– Dla ciebie to tylko mieszkanie – odpowiedziałam cicho. – Dla mnie to dom.
Mama próbowała nas godzić. – Kochani, babcia chciała, żebyście byli razem…
Ale Paweł już wtedy miał plan. Chciał sprzedać mieszkanie jak najszybciej i spłacić swoje kredyty. Ja chciałam je zatrzymać – może zamieszkać tam z narzeczonym, może po prostu mieć miejsce, gdzie będę mogła wracać.
Zaczęły się kłótnie. Najpierw ciche rozmowy przy kuchennym stole, potem coraz głośniejsze awantury przez telefon. Paweł zarzucał mi egoizm:
– Myślisz tylko o sobie! Ja mam rodzinę na utrzymaniu!
– A ja nie mam prawa do wspomnień? – krzyczałam przez łzy.
Mama przestała odbierać telefony. Tata zamknął się w sobie. W końcu zostałam sama z Pawłem i jego żądaniami.
Pewnego dnia przyszedł do mnie z dokumentami do podpisu.
– Sprzedajemy to mieszkanie. Potrzebuję tych pieniędzy.
– Nie podpiszę – odpowiedziałam stanowczo.
Wtedy zobaczyłam w jego oczach coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam – pogardę.
– Jesteś żałosna – rzucił i wyszedł trzaskając drzwiami.
Od tego dnia nie rozmawialiśmy przez kilka tygodni. Mama próbowała nas godzić, ale jej głos był coraz bardziej bezradny:
– Daria, proszę cię… To tylko rzeczy…
Ale dla mnie to nie były rzeczy. To był dom babci. Jej zapach, jej stare książki na półkach, jej zdjęcia na ścianach.
Zaczęłam tam jeździć sama. Siadałam na kanapie i płakałam. Przeglądałam albumy ze zdjęciami – babcia z młodości na Mazurach, ja z Pawłem na sankach pod blokiem…
Pewnego dnia Paweł przyszedł tam bez zapowiedzi. Zastał mnie z albumem na kolanach.
– Co ty tu robisz? – zapytał szorstko.
– Próbuję pamiętać – odpowiedziałam cicho.
Usiadł naprzeciwko mnie i przez chwilę milczeliśmy.
– Daria… Ja naprawdę potrzebuję tych pieniędzy – powiedział w końcu.
Spojrzałam na niego i zobaczyłam zmęczenie. Może nawet żal?
– A ja potrzebuję tego miejsca – wyszeptałam.
Nie znaleźliśmy porozumienia. Sprawa trafiła do sądu.
To był najgorszy czas w moim życiu. Rodzina podzieliła się na dwa obozy – ciotki i kuzyni zaczęli plotkować, kto ma rację. Mama przestała zapraszać nas razem na obiady. Tata wyjechał do sanatorium i nie chciał wracać.
W sądzie siedzieliśmy po przeciwnych stronach sali. Paweł ze swoim adwokatem, ja z moją prawniczką, panią Jolą. Sędzia zadawała pytania, a ja miałam wrażenie, że opowiadam obcym ludziom o najintymniejszych sprawach mojego życia.
Po rozprawie Paweł nawet na mnie nie spojrzał.
W końcu zapadł wyrok – mieszkanie miało zostać sprzedane, a pieniądze podzielone po równo.
Kiedy dostałam przelew na konto, poczułam pustkę. Nie radość, nie ulgę – tylko pustkę.
Próbowałam dzwonić do Pawła. Nie odbierał.
Mama powiedziała mi kiedyś przez łzy:
– Straciłam dzieci przez mieszkanie…
Nie wiem, czy kiedykolwiek sobie to wybaczę.
Dziś mieszkam w wynajętym mieszkaniu na Ochocie. Mam narzeczonego, pracę w agencji reklamowej i… ogromną dziurę w sercu.
Czasem idę pod blok na Żoliborzu i patrzę na okna babcinego mieszkania. Ktoś inny tam teraz mieszka – ktoś obcy.
Czy było warto? Czy pieniądze mogą zastąpić rodzinę? Czy dom to tylko ściany i meble… czy może coś więcej?
Może ktoś z was przeżył coś podobnego? Jak poradzić sobie ze stratą rodziny przez majątek? Czy można jeszcze odbudować te więzi?