Już nie cieszę się ze spotkań rodzinnych, bo nigdy nie wiem, co kupić na prezent

– Znowu to samo – pomyślałam, patrząc na zegar w kuchni. Była sobota, godzina siedemnasta, a ja stałam w przedpokoju z torbą prezentów, czując, jak pot spływa mi po plecach. W salonie już słychać było śmiechy ciotki Basi i głośny głos wujka Marka, który zawsze opowiadał te same żarty. Ale ja nie mogłam się skupić na niczym innym, jak tylko na tym, czy tym razem trafiłam z prezentem dla mamy.

– Ola, co tak stoisz? Wchodź, wszyscy już są! – zawołała moja siostra, Ania, z kuchni. Miała na sobie nową sukienkę, którą dostała ode mnie na urodziny dwa miesiące temu. Wtedy też się stresowałam, ale przynajmniej ona zawsze mówiła wprost, co chce dostać. Mama była zupełnie inna. Nigdy nie mówiła, czego pragnie, a gdy pytałam, odpowiadała: „Nic mi nie trzeba, dziecko, ważne, że jesteśmy razem”.

Weszłam do salonu, uśmiechając się sztucznie. Mama siedziała przy stole, poprawiając obrus, jakby od tego zależał los świata. Tata rozlewał kompot, a dzieci kuzynki biegały wokół stołu, krzycząc i śmiejąc się. Wszyscy wyglądali na szczęśliwych, tylko ja czułam się jak intruz we własnym domu.

– Ola, co tam masz? – zapytała ciocia Basia, zerkając na torbę.
– Prezenty – odpowiedziałam, próbując ukryć nerwowość.
– Znowu coś wymyśliłaś? – zaśmiała się. – Ja już dawno przestałam się przejmować prezentami. Daję każdemu czekoladę i mam spokój.

Może powinnam była zrobić to samo. Ale nie, ja zawsze musiałam się starać. Może dlatego, że od dziecka słyszałam, że jestem tą „ambitną”, tą, która zawsze chce być najlepsza. Ale czy naprawdę chodziło o to, żeby być najlepszą, czy po prostu o to, żeby mama była choć raz naprawdę zadowolona?

Usiadłam przy stole, a mama spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem.
– Ola, nie musiałaś nic kupować – powiedziała cicho.
– Wiem, mamo, ale chciałam. To dla ciebie – podałam jej starannie zapakowane pudełko.

Wszyscy zamilkli, patrząc, jak mama rozpakowuje prezent. Czułam, jak serce wali mi w piersi. W środku była elegancka apaszka, którą wybrałam po godzinach spędzonych w galerii. Wydawało mi się, że pasuje do jej stylu, że może ją ucieszy.

Mama otworzyła pudełko, spojrzała na apaszkę i… uśmiechnęła się, ale ten uśmiech był inny. Szybko schowała apaszkę z powrotem do pudełka.
– Dziękuję, kochanie. Bardzo ładna – powiedziała, ale w jej głosie wyczułam nutę rozczarowania.

Wiedziałam, że znowu nie trafiłam. Znowu nie zgadłam. Znowu nie potrafiłam sprawić, żeby mama naprawdę się ucieszyła. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale nie mogłam sobie pozwolić na słabość przy wszystkich.

– Ola, nie przejmuj się, mama zawsze tak reaguje – szepnęła Ania, kładąc mi rękę na ramieniu. – Ona po prostu nie umie okazywać emocji.

Ale ja nie chciałam tego słyszeć. Chciałam, żeby choć raz powiedziała: „To jest dokładnie to, czego chciałam”. Chciałam poczuć, że ją znam, że potrafię ją uszczęśliwić. Zamiast tego, czułam się coraz bardziej obca w tej rodzinie.

Po obiedzie wszyscy rozmawiali, śmiali się, wspominali stare czasy. Ja siedziałam cicho, bawiąc się serwetką. W końcu mama podeszła do mnie, gdy wszyscy byli zajęci deserem.

– Ola, nie gniewaj się, proszę – powiedziała cicho. – Ja naprawdę doceniam, że się starasz. Ale ja już mam wszystko, czego potrzebuję.
– Ale mamo, ja chcę cię uszczęśliwić. Chcę, żebyś była zadowolona z prezentu ode mnie. Zawsze mam wrażenie, że cię zawodzę.
– Nie zawodzisz mnie, dziecko. Po prostu… ja nie przywiązuję wagi do rzeczy. Najważniejsze jest to, że jesteś.

Patrzyłam na nią, próbując zrozumieć. Czy naprawdę tak trudno mnie zadowolić? Czy to ja mam problem, czy ona?

Wieczorem, gdy wszyscy już się rozchodzili, tata podszedł do mnie.
– Ola, nie przejmuj się tymi prezentami. Twoja mama taka już jest. Najbardziej cieszy się, kiedy jesteśmy razem. To dla niej największy prezent.

Ale ja nie potrafiłam się z tym pogodzić. W drodze do domu myślałam o wszystkich tych latach, kiedy starałam się wymyślić coś wyjątkowego, kiedy godzinami szukałam idealnego prezentu, kiedy czułam rozczarowanie na jej twarzy. Czy to wszystko było na marne?

Następnego dnia zadzwoniła do mnie Ania.
– Ola, nie przejmuj się. Mama naprawdę cię kocha. Po prostu nie umie tego okazać tak, jakbyś chciała.
– Może masz rację – westchnęłam. – Ale wiesz, co jest najgorsze? Że przez te wszystkie lata przestałam cieszyć się ze spotkań rodzinnych. Zamiast radości czuję tylko stres i presję.
– Może powinnaś przestać się tak starać. Może po prostu bądź sobą.

Zastanawiałam się nad tym długo. Czy naprawdę muszę udowadniać swoją wartość przez prezenty? Czy nie wystarczy po prostu być?

Kolejne spotkanie rodzinne zbliżało się wielkimi krokami. Tym razem postanowiłam nie kupować niczego. Przyniosłam tylko domowe ciasto, które upiekłam z przepisu mamy. Kiedy podałam je na stół, mama spojrzała na mnie zaskoczona.
– Sama piekłaś? – zapytała.
– Tak, z twojego przepisu.

Uśmiechnęła się szeroko, pierwszy raz od dawna widziałam w jej oczach prawdziwą radość.
– To najlepszy prezent, jaki mogłam dostać – powiedziała cicho.

Może w końcu zrozumiałam, że najważniejsze są nie rzeczy, ale chwile, które spędzamy razem. Może powinnam przestać szukać idealnych prezentów i po prostu być obecna.

Czasem zastanawiam się, dlaczego tak bardzo chcemy zadowolić innych przez rzeczy, zamiast po prostu być z nimi. Czy naprawdę prezenty są aż tak ważne? A może najważniejsze jest to, żebyśmy byli razem – bez oczekiwań, bez presji, po prostu jako rodzina?