Gdy marzenia o wolności zamieniają się w koszmar: Opowieść o teściowej, utraconej intymności i cichym rozpaczy

— Znowu zostawiłaś filiżankę na stole, Aniu. — Głos pani Haliny rozbrzmiał w kuchni, zanim jeszcze zdążyłam wejść do środka. Stała przy oknie, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, patrząc na mnie z wyrzutem. — Ile razy mam powtarzać, że tu nie jesteś sama?

Zacisnęłam zęby, czując, jak fala frustracji zalewa mi gardło. Przez dziesięć lat powtarzałam sobie, że to tylko na chwilę, że kiedy spłacimy kredyt, będziemy z Marcinem wreszcie sami. Że pani Halina, jego matka, dotrzyma słowa i się wyprowadzi. Każdy miesiąc, każdy przelew na konto banku był jak kolejny krok do wolności. Ale dziś, kiedy ostatnia rata została przelana, a ja wróciłam do domu z butelką szampana, by świętować, zastałam ją w kuchni, jakby nigdy nic.

— Mamo, rozmawialiśmy o tym — powiedział Marcin, próbując zachować spokój. — Obiecałaś, że się wyprowadzisz, kiedy spłacimy mieszkanie.

Pani Halina spojrzała na niego z chłodnym spokojem. — Czasy są niepewne, synku. Ceny wynajmu zwariowały. Poza tym, kto by się mną zajął, gdyby coś mi się stało? Jesteście moją rodziną.

Wtedy poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez lata znosiłam jej uwagi, jej obecność w każdej chwili naszego życia. Nawet w nocy, kiedy próbowałam przytulić się do Marcina, słyszałam jej kroki na korytarzu, jakby czuwała, byśmy nie byli zbyt blisko. Nasza intymność zniknęła, a ja czułam się coraz bardziej jak gość we własnym domu.

— Aniu, nie przesadzaj — rzucił Marcin, kiedy próbowałam z nim o tym porozmawiać. — Mama jest starsza, nie możemy jej tak po prostu wyrzucić.

— Ale to nie jest życie! — wybuchłam. — Obiecała! Przez dziesięć lat żyłam tą obietnicą!

Marcin spuścił wzrok. — Porozmawiam z nią jeszcze raz, dobrze?

Ale rozmowa nic nie zmieniła. Pani Halina rozgościła się na nowo, jakby ostatnie lata były tylko preludium do jej panowania. Zaczęła przestawiać meble, zmieniać ustawienie w kuchni, komentować moje wybory, nawet to, co jem na śniadanie. — Znowu płatki? Lepiej ugotuj sobie owsiankę, to zdrowsze — rzucała z przekąsem.

Zaczęłam unikać domu. Zostawałam dłużej w pracy, chodziłam na długie spacery po parku, byle tylko nie słyszeć jej głosu. Marcin coraz częściej zamykał się w swoim gabinecie, udając, że pracuje. Nasze rozmowy ograniczyły się do krótkich zdań, wymienianych szeptem, by nie usłyszała.

Pewnego wieczoru, kiedy wróciłam do domu późno, zastałam ją siedzącą w salonie, z moim ulubionym kocem na kolanach. — Gdzie byłaś? — zapytała, jakby była moją matką, a nie teściową. — Martwiłam się.

— Jestem dorosła, pani Halino — odpowiedziałam chłodno. — Proszę nie czekać na mnie.

Spojrzała na mnie z wyrzutem. — W tym domu wszyscy powinni się o siebie troszczyć. Tak mnie wychowano.

Wtedy zrozumiałam, że nie chodzi tylko o mieszkanie. Chodzi o władzę, o kontrolę, o to, że nigdy nie będę tu naprawdę u siebie. Nawet Marcin, choć próbował mnie pocieszać, był bardziej lojalny wobec matki niż wobec mnie.

Zaczęłam rozważać wyprowadzkę. Przeglądałam ogłoszenia o wynajmie kawalerek, liczyłam oszczędności, zastanawiałam się, czy dam radę sama. Ale za każdym razem, gdy próbowałam porozmawiać z Marcinem, słyszałam tylko: — Przecież to nasz dom. Nie możesz tak po prostu odejść.

Pewnej nocy, kiedy nie mogłam zasnąć, usłyszałam ich rozmowę w kuchni. — Ona mnie nie lubi, synku — mówiła pani Halina cicho. — Czuję się tu niechciana.

— Mamo, nie przesadzaj. Ania po prostu potrzebuje trochę przestrzeni.

— Przestrzeni? — zaśmiała się gorzko. — A ja? Gdzie jest moja przestrzeń?

Leżałam w łóżku, słuchając tych słów, i czułam, jak narasta we mnie gniew. Przestrzeń? Przez dziesięć lat nie miałam ani chwili dla siebie. Nawet łazienka była miejscem, gdzie mogłam liczyć na spokój tylko przez kilka minut.

Rano, kiedy próbowałam zrobić sobie kawę, pani Halina już krzątała się w kuchni. — Zrobiłam ci śniadanie — powiedziała, stawiając przede mną talerz z jajecznicą. — Wiem, że lubisz.

— Dziękuję, ale nie jestem głodna — odpowiedziałam, próbując ukryć łzy.

— Aniu, co się z tobą dzieje? — zapytała, siadając naprzeciwko mnie. — Kiedyś byłaś taka radosna.

— Może dlatego, że miałam nadzieję — wyszeptałam. — Teraz już jej nie mam.

Spojrzała na mnie zaskoczona, ale nic nie powiedziała. Wyszłam z kuchni, zostawiając ją samą.

Od tamtej pory nasze relacje stały się jeszcze bardziej napięte. Marcin próbował mediować, ale coraz częściej unikał rozmów, jakby bał się, że wybierze niewłaściwą stronę. Czułam się coraz bardziej samotna, uwięziona w pułapce, z której nie było wyjścia.

Czasem zastanawiam się, czy to ja jestem egoistką. Czy powinnam poświęcić swoje marzenia dla dobra rodziny? Ale ile można czekać na wolność, która nigdy nie nadchodzi? Czy naprawdę muszę wybierać między sobą a lojalnością wobec ludzi, którzy nigdy nie pozwolą mi być sobą?

Może ktoś z was zna odpowiedź. Może ktoś też czekał na obietnicę, która nigdy nie została spełniona. Czy warto walczyć o siebie, czy lepiej pogodzić się z losem? Czasem mam wrażenie, że jestem tylko cieniem w cudzym domu. Czy to już wszystko, na co zasługuję?