Dziewczynka, która czekała na mamę: Moja walka o miłość i dom

– Lena, musisz się spakować. Teraz. – Głos pani Ewy, pracowniczki opieki społecznej, rozciął ciszę jak brzytwa. Stała w progu naszego mieszkania na Pradze, a ja ściskałam w ręku pluszowego misia. Mama siedziała na kanapie, z twarzą ukrytą w dłoniach. Miała czerwone oczy i drżące ramiona. Nie rozumiałam wtedy, dlaczego nie może mnie przytulić.

– Mamo…? – szepnęłam, ale ona tylko pokręciła głową.

Pani Ewa położyła mi dłoń na ramieniu. – Lena, musimy już iść.

Wyszłam z mieszkania, zostawiając za sobą wszystko, co znałam: zapach kawy o poranku, dźwięk radia grającego w kuchni, nawet kocyk z dzieciństwa. Mama nie wybiegła za mną. Nie krzyczała. Nie zatrzymała mnie.

W samochodzie pani Ewy płakałam cicho. Próbowałam zrozumieć, co się stało. W głowie miałam tylko jedno pytanie: „Kiedy wrócę do domu?”

Pierwsza noc w pogotowiu opiekuńczym była jak koszmar. W pokoju pachniało obcymi ludźmi i płynem do dezynfekcji. Dziewczynka z łóżka obok – Magda – patrzyła na mnie spod byka.

– Za co cię zabrali? – zapytała bez ogródek.

– Nie wiem… Mama była smutna…

– Moja piła. – Magda wzruszyła ramionami. – Tu nikt nie wraca do domu.

Nie chciałam jej wierzyć. Każdego dnia wypatrywałam mamy przez okno. Każdego dnia powtarzałam sobie: „Dziś przyjdzie”.

Mijały tygodnie. Potem miesiące. Mama nie przyszła.

Z czasem nauczyłam się nie płakać przy innych dzieciach. Zaczęłam być zła – na mamę, na panią Ewę, na cały świat. Kiedy ktoś próbował mnie pocieszyć, krzyczałam albo uciekałam do łazienki i zamykałam się na klucz.

W szkole byłam „tą z domu dziecka”. Dzieci szeptały za moimi plecami:

– Jej matka ją zostawiła.

– Pewnie była jakaś patologia.

Nauczycielka matematyki, pani Kowalska, próbowała ze mną rozmawiać:

– Lena, wiem, że jest ci ciężko…

– Nic pani nie wie! – wybuchłam i wybiegłam z klasy.

Czułam się jak cień. Niewidzialna dla świata, nieważna dla nikogo.

Po dwóch latach przeniesiono mnie do rodziny zastępczej. Państwo Nowakowie mieszkali w małym domku pod Warszawą. Pani Nowakowa była cicha i spokojna, pan Nowak miał szorstkie dłonie i pachniał dymem papierosowym.

Pierwszego dnia usiedliśmy razem przy stole.

– Lena, tu jesteś bezpieczna – powiedziała pani Nowakowa, nalewając mi zupę pomidorową.

Nie odpowiedziałam. Nie ufałam im.

Wieczorami leżałam w łóżku i wyobrażałam sobie mamę: jak puka do drzwi, jak mnie zabiera do domu. Każdy dźwięk samochodu pod domem sprawiał, że serce mi przyspieszało.

Mijały kolejne miesiące. Państwo Nowakowie byli cierpliwi. Pan Nowak zabierał mnie na spacery do lasu, opowiadał o ptakach i pokazywał mi, jak rozpoznawać ślady zwierząt na śniegu. Pani Nowakowa piekła ze mną ciasta i słuchała moich opowieści o mamie.

Pewnego wieczoru usiadła obok mnie na łóżku.

– Lena… Wiem, że bardzo tęsknisz za mamą. Ale czasem życie układa się inaczej, niż byśmy chcieli.

Odwróciłam wzrok.

– Ona po mnie wróci – wyszeptałam.

Pani Nowakowa przytuliła mnie delikatnie.

– Może kiedyś… Ale nawet jeśli nie wróci, to tu masz dom.

Nie chciałam tego słyszeć. Przez kolejne dni byłam opryskliwa i zamknięta w sobie. W szkole zaczęło mi iść coraz gorzej. Znowu zaczęły się plotki:

– Nowi rodzice też ją oddadzą?

Zaczęłam uciekać z lekcji, włóczyć się po okolicy. Pewnego dnia złapał mnie pan Nowak pod sklepem spożywczym.

– Lena! Co ty wyprawiasz?

– Mam to gdzieś! – krzyknęłam mu prosto w twarz.

Zamiast się zezłościć, uklęknął przede mną na chodniku.

– Lena… My cię nie oddamy. Nawet jeśli będziesz nas odpychać.

Coś we mnie pękło. Po raz pierwszy od dawna rozpłakałam się przy kimś dorosłym.

Z czasem zaczęłam ufać Nowakom coraz bardziej. Pani Nowakowa nauczyła mnie robić pierogi na święta, pan Nowak zabrał mnie pierwszy raz nad morze. Zaczęłam mieć swoje miejsce przy stole, swoje zdjęcia na półce w salonie.

Ale mama wciąż była w moim sercu. Pisałam do niej listy, których nigdy nie wysyłałam:

„Mamo, dlaczego mnie zostawiłaś? Czy jeszcze mnie kochasz?”

Pewnego dnia dostałam wiadomość od pani Ewy: „Twoja mama jest w szpitalu”.

Pojechałam tam z panią Nowakową. Mama leżała blada i słaba na szpitalnym łóżku.

– Lena… Przepraszam… – wyszeptała przez łzy.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Chciałam ją przytulić i jednocześnie uciec stamtąd jak najdalej.

– Dlaczego mnie zostawiłaś? – zapytałam cicho.

Mama płakała długo. Opowiedziała mi o depresji, o tym jak nie miała siły żyć ani walczyć o mnie. O tym, że żałuje każdego dnia rozłąki.

Wyszłam ze szpitala z ciężkim sercem. Wiedziałam już, że nie wrócę do niej na stałe. Ale mogłam jej wybaczyć.

Dziś mam osiemnaście lat i mieszkam z Nowakami. Są moją rodziną tak samo jak mama – choć inaczej. Wiem już, że dom to nie tylko miejsce ani więzy krwi – to ludzie, którzy cię kochają mimo wszystko.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy potrafiłabym wybaczyć tak jak oni? Czy można naprawdę zacząć od nowa po tylu ranach? Co wy o tym myślicie?