Córka zniknęła w górach – historia Leona Kowalczyka

— Po co dziewczyny same jeżdżą, jeszcze młode, a już łapią stopa — mruknąłem pod nosem, kiedy zobaczyłem dwie nastolatki machające rękami przy szosie do sąsiedniej gminy. Zawsze powtarzałem swojej córce, że świat nie jest bezpieczny, a ona tylko przewracała oczami. Tego dnia wracałem z pracy później niż zwykle, zmęczony i rozdrażniony. Zatrzymałem się, bo jedna z dziewczyn wyglądała znajomo. Kiedy podeszły bliżej, serce mi zamarło — to była Zosia, moja własna córka.

— Gdzie wam trzeba? — zapytałem, starając się ukryć wściekłość i niepokój.

— Do Nowej Wsi, tata — odpowiedziała cicho Zosia, patrząc na mnie wyzywająco. Obok niej stała jej przyjaciółka, Magda, która nerwowo poprawiała plecak.

— Wsiadajcie — rzuciłem krótko.

W samochodzie panowała cisza. Czułem, jak narasta we mnie gniew. Przecież mówiłem jej tyle razy! Ale nie mogłem wybuchnąć przy Magdzie. Zosia patrzyła przez okno, udając obojętność. W końcu nie wytrzymałem:

— Co wy sobie myślicie? Dziewczyny same na drodze, łapią stopa? Przecież mogło się wam coś stać!

Zosia wzruszyła ramionami.

— Nic by się nie stało. Nie przesadzaj.

— Nie przesadzaj? — powtórzyłem z niedowierzaniem. — A jeśli trafiłybyście na kogoś niebezpiecznego?

Magda spuściła głowę. Zosia milczała. Dojechaliśmy do Nowej Wsi w napięciu. Wysadziłem je pod sklepem i patrzyłem, jak odchodzą. Zosia nawet się nie obejrzała.

Wieczorem w domu atmosfera była ciężka. Żona, Maria, próbowała łagodzić sytuację.

— Leon, ona dorasta. Musisz jej zaufać.

— Zaufać? — prychnąłem. — Kiedy robi takie głupoty?

Zosia zamknęła się w swoim pokoju. Słyszałem cichy płacz za drzwiami, ale nie potrafiłem podejść. Czułem się bezradny i wściekły jednocześnie.

Następnego dnia Zosia nie wróciła ze szkoły o zwykłej porze. Najpierw myślałem, że poszła do Magdy. Ale kiedy minęły dwie godziny, a jej telefon milczał, poczułem lodowaty strach.

— Maria, coś jest nie tak — powiedziałem żonie drżącym głosem.

Zaczęliśmy dzwonić po znajomych, nauczycielach, nawet do Magdy. Nikt nie widział Zosi od rana. Policja przyjęła zgłoszenie dopiero po kilku godzinach.

— Może poszła w góry — powiedziała Magda przez łzy. — Ostatnio mówiła, że chce być sama.

Góry zaczynały się tuż za Nową Wsią. To miejsce zawsze mnie przerażało — dzikie, nieprzewidywalne. Ruszyliśmy z Marią i kilkoma sąsiadami na poszukiwania. Noc zapadła szybko, a las wydawał się jeszcze bardziej złowrogi niż zwykle.

Szliśmy z latarkami, wołając jej imię. Każdy szelest przyprawiał mnie o dreszcze. W głowie miałem najgorsze scenariusze: upadek ze skały, spotkanie z kimś obcym… Przypomniałem sobie nasze ostatnie rozmowy — pełne kłótni i pretensji. Czy to przeze mnie uciekła?

Nad ranem znaleźliśmy jej plecak przy strumieniu. W środku był zeszyt z rysunkami i list:

„Tato,
Nie rozumiesz mnie. Chcę być wolna choć przez chwilę. Nie jestem już dzieckiem. Przepraszam, jeśli cię zawiodłam. Kocham cię. Zosia”

Upadłem na kolana ze łzami w oczach. Maria tuliła mnie mocno.

— Znajdziemy ją — szeptała.

Przez kolejne godziny przeczesywaliśmy lasy i polany. W końcu usłyszałem cichy płacz gdzieś wśród drzew. Pobiegłem tam jak szalony.

Zosia siedziała skulona pod świerkiem, cała przemoczona i zmarznięta.

— Tato… — wyszeptała.

Objąłem ją bez słowa. Płakaliśmy razem długo.

Wróciliśmy do domu nad ranem. Maria przygotowała gorącą herbatę i koc. Siedzieliśmy razem w kuchni — ja, Maria i Zosia — milcząc, ale czując ulgę i wdzięczność.

Po tym wszystkim długo nie potrafiłem rozmawiać z córką bez emocji. Bałem się ją stracić na zawsze. Ale powoli zaczęliśmy się otwierać na siebie nawzajem.

Zrozumiałem wtedy coś ważnego: nie da się ochronić dziecka przed całym światem, ale można być przy nim, kiedy najbardziej tego potrzebuje.

Czasem pytam siebie: czy mogłem zrobić coś inaczej? Czy moje lęki nie były silniejsze niż miłość? Może każdy rodzic musi przeżyć taki strach, żeby naprawdę docenić to, co ma?

A wy? Czy potrafilibyście zaufać swoim dzieciom w takiej sytuacji?