„Całe życie mówiłam, że nie mam talentu”. Aż pewnego dnia wzięłam do ręki pędzel – i wszystko się zmieniło
– Znowu to samo, Marta! – głos mamy przeszył ciszę kuchni, gdy miałam dwanaście lat i próbowałam narysować jej portret. – Po co ty się w ogóle za to bierzesz? Lepiej skup się na matematyce, z tego przynajmniej coś będzie.
Wtedy odłożyłam kredki. I przez kolejne dwadzieścia lat nie dotknęłam żadnego pędzla. W szkole byłam przeciętna. W domu – niewidzialna. Zawsze cicha, zawsze grzeczna. Kiedy koleżanki z podstawówki chwaliły się medalami z konkursów plastycznych, ja chowałam swoje szare rysunki na dnie szuflady. Bałam się, że ktoś je zobaczy i wyśmieje.
Potem przyszła dorosłość. Studia, które wybrała dla mnie mama – ekonomia, bo „po tym zawsze znajdziesz pracę”. Praca w biurze rachunkowym, gdzie codziennie liczyłam cudze pieniądze i własne marzenia. Ślub z Pawłem, bo „to porządny chłopak, nie pije, nie bije”. Dzieci – Antek i Zosia. Zamiast farb – pieluchy, pranie, obiady i wieczne zmęczenie. Zamiast rysowania – rachunki i tabelki w Excelu.
Czasem, kiedy dzieci spały, a Paweł oglądał mecz w salonie, siadałam przy kuchennym stole i patrzyłam na swoje dłonie. Myślałam: „Może gdybym była kimś innym… Może gdybym miała talent…”
Wszystko zmieniło się pewnego listopadowego popołudnia. Byłam wtedy na urlopie wychowawczym z Zosią. Przypadkiem zobaczyłam ogłoszenie: „Warsztaty malarskie dla początkujących. Nie musisz mieć talentu – wystarczy odwaga!”
Nie wiem, co mnie podkusiło. Może to była desperacja, może cicha nadzieja. Zgłosiłam się.
Pierwszego dnia weszłam do jasnej sali pachnącej terpentyną. Pani Basia, prowadząca warsztaty, uśmiechnęła się do mnie ciepło:
– Czego się boisz najbardziej?
– Że się ośmieszę – wyszeptałam.
– To dobrze – odparła. – Najlepsze obrazy powstają ze strachu.
Dostałam pędzel i płótno. Ręce mi drżały. Przez godzinę tylko patrzyłam na biel przed sobą. W końcu zanurzyłam pędzel w błękicie i… poczułam coś dziwnego. Jakby ktoś odkręcił we mnie kran z wodą po latach suszy.
Malowałam bez planu. Plamy koloru rozlewały się po płótnie jak łzy po policzku. Nie wiedziałam jeszcze, co robię – ale czułam, że to jest moje.
Po zajęciach wróciłam do domu z pierwszym obrazem. Paweł spojrzał na niego krzywo:
– I co ty z tym zrobisz? Powiesisz nad łóżkiem?
– Może…
– Lepiej zajmij się dziećmi. Zosia płacze.
Znowu poczułam ten znajomy wstyd. Ale tym razem nie schowałam obrazu do szuflady. Powiesiłam go w kuchni.
Zaczęłam chodzić na warsztaty regularnie. Malowałam nocami, kiedy wszyscy spali. Farby kupowałam za własne oszczędności – po cichu, żeby Paweł nie wiedział.
Któregoś dnia mama przyszła z wizytą.
– Co to za bazgroły? – zapytała, patrząc na moje obrazy.
– Maluję…
– W twoim wieku? Ty chyba żartujesz! Lepiej pomyśl o powrocie do pracy.
Zacisnęłam zęby. Po raz pierwszy w życiu nie przeprosiłam za siebie.
Z czasem zaczęły dziać się rzeczy dziwne. Zosia przyniosła z przedszkola laurkę:
– Mamo, narysowałam cię! Bo ty też malujesz!
Antek zapytał:
– Mogę spróbować?
Nawet Paweł zaczął czasem zerkać na moje obrazy z ciekawością.
Pani Basia namówiła mnie na udział w lokalnej wystawie.
– Nie nadaję się – protestowałam.
– Nadajesz się bardziej niż myślisz.
Wernisaż odbył się w małej galerii na Starym Mieście. Przyszło kilkanaście osób. Stałam przy swoich obrazach jak skazaniec pod ścianą.
Nagle podeszła do mnie starsza kobieta.
– Ten obraz… – wskazała na płótno pełne błękitów i szarości – …jest jak moje życie po śmierci męża. Smutny, ale piękny.
Poczułam łzy pod powiekami.
Po wystawie odezwała się do mnie właścicielka kawiarni: zaproponowała mi wystawienie kilku prac na ścianach jej lokalu. Potem przyszły pierwsze zamówienia od znajomych znajomych: ktoś chciał portret psa, ktoś inny pejzaż do salonu.
Paweł długo nie rozumiał tej zmiany.
– Po co ci to? Przecież nie zarobisz na tym pieniędzy!
– Nie wszystko musi być dla pieniędzy – odpowiedziałam cicho.
Mama przestała komentować moje obrazy. Ale kiedyś usłyszałam, jak chwali się sąsiadce:
– Moja córka maluje… Takie ładne rzeczy robi…
Dziś mam czterdzieści lat i własną małą pracownię w piwnicy bloku. Maluję codziennie – czasem dla siebie, czasem dla innych. Czasem sprzedaję obrazy za grosze, czasem za kilkaset złotych. Ale najważniejsze jest to uczucie: że jestem sobą.
Czasem myślę o tej małej dziewczynce z kredkami, która bała się pokazać światu swoje rysunki. I pytam siebie: ile jeszcze kobiet w Polsce żyje w przekonaniu, że nie mają talentu? Ile z nas chowa swoje marzenia do szuflady?
Może warto choć raz spróbować – nawet jeśli wszyscy wokół mówią ci, że to niemożliwe?