Teściowa chciała naszych oszczędności na zajęcia dla ukochanego wnuka. Odmówiliśmy, a wtedy nazwała nas okrutnymi

— Na własnego bratanka żałujesz? — teściowa uderzyła dłonią w stół tak mocno, że herbata wylała się na ceratę. — Sześć tysięcy was nie zbawi, a jemu może ustawić przyszłość.

Z przedpokoju dobiegł szelest kurtki. Nasza jedenastoletnia Zosia wróciła właśnie z biblioteki. Stanęła w drzwiach kuchni, zobaczyła babcię i odruchowo schowała za plecami teczkę z rysunkami.

Ten gest zabolał mnie bardziej niż cała awantura.

— Nie pożyczymy ci tych pieniędzy — powtórzył Paweł. Tym razem bez swojego zwykłego: „Jeszcze zobaczymy, mamo”.

Pani Halina spojrzała na mnie.

— No tak. Już wiem, kto tu decyduje.

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej zaczęłabym się tłumaczyć. Pokazałabym rachunek za ogrzewanie, ratę kredytu, koszt aparatu na zęby Zosi. Udowadniałabym, że nie jestem skąpa.

Tego dnia odsunęłam tylko mokrą cukiernicę.

— Decydujemy oboje.

Wszystko zaczęło się właściwie wtedy, gdy dzieci były małe. Wojtek, syn młodszego brata Pawła, urodził się rok przed Zosią. Był pierwszym wnukiem, więc początkowo rozumiałam zachwyt babci. Zdjęcia w portfelu, nowe zabawki, opowieści przy każdym niedzielnym rosole.

Tylko że z czasem zachwyt nad nim stał się ciągłym poprawianiem naszej córki.

— Wojtuś już czyta całe książki. Ty nadal sylabizujesz?

— Dostałaś czwórkę? Kuzyn z takich rzeczy przynosi szóstki.

— Nie obrażaj się, Zosiu. Trzeba umieć przyjąć prawdę.

Gdy protestowałam, teściowa przewracała oczami. Twierdziła, że dziecko musi mieć motywację. Paweł prosił mnie potem w samochodzie, żebym nie robiła wojny o każde zdanie.

— Ona tak mówi. Mnie też porównywała z Marcinem.

— I dobrze ci z tym było?

Nie odpowiadał. Włączał radio.

Najgorsze zdarzyło się w grudniu. Zosia przyniosła babci własnoręcznie narysowaną kartkę. Siedziała nad nią dwa wieczory, ścierając i poprawiając krzywą choinkę.

Halina zerknęła na rysunek i odłożyła go pod gazetę.

— Ładne. Ale Wojtek wygrał konkurs matematyczny. To dopiero osiągnięcie.

Zosia przez resztę wizyty nie odezwała się prawie wcale. W domu znalazłam ją przy biurku. Darła kartkę, którą wcześniej fotografowałam, bo chciałam zachować pamiątkę.

— Po co mam to robić, skoro jestem ta głupsza?

Usiadłam obok niej na podłodze. Nie wiedziałam nawet, od czego zacząć. Żadne moje „jesteś wspaniała” nie przebijało się przez to, co słyszała latami.

Paweł stał w progu. Później długo płakał w łazience, chociaż rano powiedział, że tylko bolała go głowa.

Zapisaliśmy córkę do psycholożki. Ograniczyliśmy wizyty. Paweł pojechał do matki sam i jasno powiedział, że porównania muszą się skończyć. Wrócił blady.

— Powiedziała, że wychowujemy przewrażliwioną księżniczkę.

A teraz siedziała w naszej kuchni i prosiła o sześć tysięcy na całoroczny kurs matematyczny i językowy dla Wojtka. Marcin miał zaległości w składkach, jego żona pracowała na pół etatu. Halina obiecała wnukowi zajęcia, zanim ustaliła, skąd weźmie pieniądze.

— Oddam po wakacjach — zapewniała. — Przecież macie odłożone.

Mieliśmy. Odkładane po dwieście, trzysta złotych. Z nadgodzin Pawła, z mojego szycia po pracy. Część na naprawę samochodu, część na leczenie i zajęcia plastyczne Zosi.

— Wojtek nic wam nie zrobił — powiedziała nagle teściowa.

I to była prawda. Lubiłam tego chłopca. Kiedyś sam powiedział babci, żeby dała Zosi spokój, bo jej rysunki są fajne.

— Nie jesteśmy przeciwko Wojtkowi — odpowiedziałam. — Ale nie oddamy pieniędzy odłożonych na nasze potrzeby, żebyś mogła spełnić obietnicę daną za nas.

— Rodzinie pomaga się bez wyliczania!

Paweł odsunął krzesło.

— A rodzinie wolno mówić, że krzywdzi dziecko? Bo kiedy my prosimy o szacunek dla Zosi, zaraz jesteśmy przeciwko tobie.

Przez chwilę było słychać tylko lodówkę.

Halina zaczęła płakać. Powiedziała, że syna już nie ma, skoro żona nastawiła go przeciwko matce. Paweł zacisnął dłonie, ale nie cofnął odmowy.

Wieczorem zadzwonił Marcin.

— Mama mówi, że mścicie się na dzieciaku.

— Zapytaj ją, czy powiedziała ci całą rozmowę — odparł Paweł.

Nie wiem, co Marcin usłyszał później. Wiem, że rodzinny telefon ucichł, a ciotka przysłała mi wiadomość, że „dobro wraca, ale egoizm też”. Czytałam ją trzy razy. No bo jednak bolało, choć wiedziałam, że nie ustąpimy.

Zosia wieczorem zapytała, czy przez nią babcia nie będzie miała pieniędzy.

— Nie, córeczko. To sprawa dorosłych. Ty niczego nie musisz naprawiać.

Przytuliła się do mnie i długo nie puszczała.

Nadal żal mi Wojtka. Ale czy troska o jedno dziecko naprawdę wymaga, żeby drugie znowu zeszło na dalszy plan?