Teściowa wybrała mi mieszkanie i ratę na trzydzieści lat. Mąż zapytał tylko, dlaczego znowu robię problem

— Tutaj podpiszesz, Marta. Paweł już wszystko sprawdził.

Teściowa przesunęła dokumenty po ceracie, strącając moją łyżeczkę na podłogę. Nawet nie spojrzała w dół. Na pierwszej stronie widniała cena mieszkania: sześćset osiemdziesiąt tysięcy złotych.

— Powiedziałam, że chcę jeszcze porozmawiać — odezwałam się.

— O czym? — Halina westchnęła. — Naprawdę musimy każdą rzecz wałkować?

Paweł siedział obok. Patrzył w telefon.

Miałam dwadzieścia osiem lat, pracowałam w kadrach niewielkiej hurtowni i od trzech lat byłam jego żoną. Od ślubu mieszkaliśmy na piętrze domu jego rodziców. „Na chwilę, żeby odłożyć”. Nasza chwila miała osobne wejście, ale nie miała zamka, którego teściowa nie potrafiłaby otworzyć swoim kluczem.

Wchodziła rano, kiedy się ubierałam. Przestawiała garnki, wyrzucała moje przyprawy. Kiedy kupiłam zielone zasłony, zdjęła je podczas mojej zmiany w pracy.

— Ciemno od nich. Jeszcze mi podziękujesz.

Paweł śmiał się, że mama już taka jest. Ja też początkowo się śmiałam. Łatwiej było niż przyznać, że we własnej kuchni czekam, aż ktoś pozwoli mi ugotować obiad.

Mieszkanie miało nas wreszcie uwolnić. Tak myślałam, kiedy zaczęliśmy oglądać ogłoszenia.

Chciałam dwóch pokoi blisko pracy i raty, którą udźwigniemy nawet wtedy, gdy jedno z nas zachoruje. Teściowie znaleźli cztery pokoje na nowym osiedlu, dziesięć minut od ich domu. Prawie o dwieście tysięcy droższe.

— Kupuje się raz, a porządnie — oznajmił teść, Zbigniew.

Podczas oglądania Halina od razu wybrała pokój dla Anki, młodszej siostry Pawła. Miała zacząć studia w naszym mieście.

— Po co ma płacić obcym? Wy i tak będziecie mieli wolny pokój.

Drugi miał zostać gościnny, żeby rodzice mogli nocować po wizytach u lekarzy. Spytałam, gdzie urządzimy miejsce do pracy.

— Przy stole też można siedzieć — odpowiedziała teściowa.

Pamiętam, że agent odwrócił wtedy wzrok. Było mi tak wstyd, jakbym to ja powiedziała coś niestosownego.

Wieczorem rozłożyłam nasze wydatki na stole. Czynsz, rata, paliwo, jedzenie. Po wszystkim zostawało nam niewiele ponad tysiąc złotych. Bez dentysty, naprawy samochodu, bez niczego większego.

— Anka będzie dokładać? — zapytałam.

— Jest studentką, Marta.

— Czyli my będziemy utrzymywać trzy osoby?

Paweł odsunął kartkę.

— Nie zaczynaj. Rodzice dają nam czterdzieści tysięcy na wkład.

Ja miałam dołożyć trzydzieści pięć tysięcy po babci. Całe moje oszczędności. Przez kilka lat nie ruszyłam z nich ani złotówki, nawet kiedy chodziłam zimą w rozklejonych butach.

Dopiero później zobaczyłam wiadomość od jego matki. Paweł sam podał mi telefon, żebym sprawdziła adres mieszkania. Nad mapą wyskoczyło powiadomienie.

„Tylko nie mów jej jeszcze o kluczach dla nas, bo znowu będzie dyskusja”.

Oddałam mu telefon.

— Wiedziałeś?

Poczerwieniał, ale nie odpowiedział od razu.

— Mama podleje kwiaty, jak wyjedziemy. Robisz z tego aferę.

Nie chodziło o kwiaty. Powiedziałam mu to. Odpowiedział, że jestem przewrażliwiona, bo wychowałam się z samą mamą i nie rozumiem bliskiej rodziny.

Wtedy pierwszy raz pomyślałam o rozwodzie. Przestraszyło mnie to słowo. Przecież nie bił, nie pił, pracował. Tak właśnie sobie tłumaczyłam, no bo jak inaczej? Że skoro nie jest najgorzej, to może nie mam prawa odchodzić.

Przed spotkaniem u teściów poprosiłam go jeszcze raz:

— Powiedz im przy mnie, że wybór mieszkania należy do nas. Tylko tyle.

Obiecał.

A potem siedział przy tej ceracie i przewijał telefon.

— Nie podpiszę — powiedziałam, odsuwając dokumenty.

Halina zacisnęła usta.

— To po co zawracałaś wszystkim głowę? Anka już liczy na ten pokój.

Spojrzałam na męża.

— Powiedz coś.

Schował telefon do kieszeni.

— Marta, oni tacy są. Trzeba ich zaakceptować.

— A mnie kto ma zaakceptować?

Nikt nie odpowiedział. Zbigniew zaczął zbierać filiżanki, chociaż moja była jeszcze pełna.

Tej nocy spakowałam ubrania, dokumenty i kubek od mamy. Paweł stanął w drzwiach sypialni.

— Naprawdę rozwalisz małżeństwo przez mieszkanie?

Miałam przygotowanych tyle zdań. Wszystkie zniknęły.

— Prosiłam cię, żebyś stanął obok mnie. Ani razu tego nie zrobiłeś.

Wynajęłam pokój u Doroty z pracy. Przez pierwszy tydzień budziłam się na każdy odgłos klucza. Potem zaczęłam przesypiać całe noce.

Pozew złożyłam po dwóch miesiącach. Paweł zaproponował wtedy tańsze mieszkanie. Nadal uważał, że chodzi o pieniądze.

Czasem za nim tęsknię. Za tym, jaki był, kiedy zostawaliśmy sami. Ale nie chcę już wracać do domu z zaciśniętym żołądkiem i sprawdzać, kto dziś podjął za mnie decyzję.

Czy powinnam była dać mu jeszcze jedną szansę? Ile razy można prosić własnego męża, żeby potraktował cię poważnie?