„Nie możesz oczekiwać, że zastąpię Zosi ojca” — tego wieczoru spakowałam walizkę i przestałam ratować rodzinę, której on sam nie chciał
— Znowu o niej zapomniałeś?! — krzyknęłam, stojąc w przedpokoju z mokrymi od deszczu włosami.
Piotr nawet nie podniósł wzroku znad telefonu.
— Nie zapomniałem. Miałem dużo pracy. Mogła chwilę poczekać.
„Chwilę” oznaczało prawie dwie godziny. Dziewięcioletnia Zosia siedziała sama w szkolnej świetlicy, kiedy zadzwoniła do mnie wychowawczyni. Byłam wtedy po drugiej stronie miasta, w kolejce do lekarza. Rzuciłam wszystko i pojechałam po nią autobusem, bo samochód zabrał Piotr.
Kiedy weszłam do świetlicy, Zosia ściskała plecak i udawała, że czyta książkę. Miała czerwone oczy.
— Tata miał ważniejsze rzeczy? — zapytała cicho.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Skłamałam, że utknął na spotkaniu. Nawet się uśmiechnęłam, jakbym sama w to wierzyła.
Z Piotrem byłam od dwóch lat. Od początku wiedziałam, że jest rozwiedziony i ma córkę. Zosia mieszkała głównie z mamą, Anną, a u nas spędzała co drugi weekend. Początkowo Piotr opowiadał, że rozwód go zniszczył i że Anna utrudnia mu kontakt z dzieckiem.
Wierzyłam mu.
Dopiero później zobaczyłam, że gdy Zosia przyjeżdżała, Piotr stawał się spięty i nieobecny. Włączał jej telewizor, zamawiał pizzę i znikał przy komputerze. Nie wiedział, jaką córka ma wychowawczynię, czego się boi ani że nie lubi sosu pomidorowego.
Ja wiedziałam.
Pomagałam jej w matematyce, zaplatałam włosy i szukałam po aptekach syropu, gdy kaszlała. Robiłam to, bo ją polubiłam. Nie chciałam tylko, żeby moje serce stało się zasłoną, za którą Piotr będzie mógł wygodnie schować własną obojętność.
Największą presję wywierała jego matka, pani Halina.
— Dziecko potrzebuje kobiecej ręki — powtarzała przy niedzielnym rosole. — Anna myśli tylko o sobie. Teraz ty musisz stworzyć Zosi prawdziwy dom.
— Ona ma matkę — odpowiadałam.
— Ale może mieć lepszą.
Piotr milczał. Mieszał ziemniaki widelcem, jakby rozmowa go nie dotyczyła.
Sytuacja zrobiła się trudniejsza, kiedy Anna przeszła operację i Zosia zamieszkała z nami na sześć tygodni. Nagle to ja szykowałam śniadania, sprawdzałam dziennik elektroniczny i pamiętałam o stroju na wychowanie fizyczne. Piotr nadal wychodził rano i wracał wieczorem.
Pewnego dnia poprosiłam, żeby poszedł na szkolny występ Zosi. Dostałam dodatkową zmianę w księgarni i nie mogłam jej zamienić.
— Nie cierpię takich spędów — mruknął.
— Ona zagra specjalnie dla ciebie.
— Marta, nie rób dramatu. To tylko przedstawienie.
Poszłam mimo wszystko. Straciłam część premii, ale nie mogłam pozwolić, by szukała wzrokiem pustego krzesła. Po występie podała mi papierowy kwiatek.
— Miał być dla taty, ale ty zawsze przychodzisz.
W toalecie płakałam po cichu, oparta o zimne kafelki.
Wieczorem powiedziałam Piotrowi, że tak dalej nie może być. Siedział na kanapie, zmęczony bardziej moimi słowami niż własnym zachowaniem.
— Chcesz być ze mną, to zaakceptuj, że mam dziecko — rzucił.
Aż zabrakło mi powietrza.
— To ja zaakceptowałam Zosię. Ty jej nie akceptujesz.
Wtedy weszła pani Halina. Piotr wcześniej zadzwonił do niej, jakby potrzebował obrońcy.
— Rodziny się nie zostawia, kiedy jest ciężko — powiedziała. — Jesteś dorosłą kobietą. Powinnaś ich pogodzić, a nie stawiać warunki.
— Nie mogę pogodzić ojca z córką za niego.
— Możesz, tylko nie chcesz się poświęcić.
Spojrzałam na Piotra. Czekałam, że zaprzeczy, stanie po mojej stronie, powie matce, żeby przestała. On tylko wzruszył ramionami.
Wtedy zrozumiałam, że wszyscy oczekują ode mnie miłości, cierpliwości i odpowiedzialności. Od niego nie oczekiwali niczego.
Spakowałam walizkę tego samego wieczoru. Najtrudniej było pożegnać Zosię. Przytuliła mnie mocno i zapytała, czy odchodzę przez nią.
— Nie, kochanie. Odchodzę, bo dorośli czasem nie robią tego, co powinni. I to nigdy nie jest wina dziecka.
Piotr stał w drzwiach kuchni. Nie zatrzymał mnie.
Do dziś myślę o Zosi i czuję ciężar pod żebrami. Ale czy zostając, naprawdę bym ją uratowała, czy tylko nauczyła, że kobieta ma dźwigać wszystko za mężczyznę, który nawet nie próbuje?