Oddałam matce dwanaście lat życia. Po jej śmierci znalazłam list, który nie daje mi spokoju

— Jeśli wyjedziesz, oddadzą mnie do zakładu — powiedziała mama, ściskając w dłoni mój list z uczelni.

Stałam w kuchni z biletem do Krakowa schowanym w kieszeni. Za oknem padało, a na stole stygła herbata. Dostałam się na medycynę. Marzyłam o tym od podstawówki, odkąd jako jedenastolatka patrzyłam, jak lekarz zszywa mamie rozciętą dłoń.

Tylko że trzy tygodnie przed rozpoczęciem zajęć mama dostała udaru.

Miała sparaliżowaną prawą stronę ciała, mówiła niewyraźnie i nie potrafiła sama usiąść. Mieszkałyśmy w małej miejscowości pod Tarnowem. Ojciec nie żył od sześciu lat, a mój starszy brat Paweł pracował we Wrocławiu.

— Przyjadę, kiedy będę mógł — obiecywał przez telefon. — Ale przecież nie rzucę pracy. Mam kredyt, dzieci.

Ja nie miałam kredytu ani dzieci. Miałam dziewiętnaście lat, świadectwo z czerwonym paskiem i miejsce na wymarzonych studiach. Według wszystkich to oznaczało, że mogłam zrezygnować najłatwiej.

Ciotka Grażyna rozłożyła ręce.

— Rodzina jest ważniejsza niż jakieś ambicje. Studia możesz zacząć później.

Uwierzyłam. A może po prostu bałam się, że jeśli wyjadę, mama umrze sama.

Napisałam do uczelni, że rezygnuję. Płakałam tak mocno, że pomyliłam datę. Mama siedziała wtedy w pokoju przed telewizorem. Kiedy powiedziałam, co zrobiłam, odwróciła twarz do okna.

— Tak będzie najlepiej — wyszeptała.

„Później” nigdy nie nadeszło.

Dni zaczęły wyglądać tak samo. Pobudka o piątej trzydzieści, zmiana pieluchy, mycie, śniadanie, leki. Potem zakupy, pranie i telefony do przychodni. Nauczyłam się podnosić mamę tak, żeby nie uszkodzić sobie kręgosłupa. Nauczyłam się rozpoznawać infekcję po zapachu moczu i mierzyć ciśnienie po ciemku.

Żyłyśmy z jej renty, zasiłku i pieniędzy, które dorabiałam wieczorami, sprzątając urząd gminy. Pod koniec miesiąca liczyłam monety przy kasie. Czasem odkładałam własne leki przeciwbólowe, żeby kupić mamie środki chłonne.

Paweł przyjeżdżał na święta. Przywoził ciasto, siadał przy łóżku na godzinę, a potem mówił, że dzieci się nudzą.

— Mogłabyś chociaż raz zostać z mamą przez weekend — poprosiłam go kiedyś.

— Marta, nie zaczynaj. Ty nie masz pojęcia, ile mam obowiązków.

Roześmiałam się wtedy. Brzydko, nerwowo.

— Ja nie mam pojęcia?

Trzasnął drzwiami. Nie odzywaliśmy się przez cztery miesiące.

Znajomi kończyli studia, brali śluby, kupowali mieszkania. Agnieszka, moja koleżanka z liceum, została lekarką. Kiedy zobaczyłam ją w białym fartuchu w tarnowskim szpitalu, schowałam się w toalecie. Siedziałam na zamkniętej klapie i patrzyłam na swoje popękane dłonie.

Wstydziłam się własnej zazdrości.

Mama z czasem mówiła coraz mniej. Bywała złośliwa, szczególnie gdy próbowałam wyjść choćby na kawę.

— Zostawisz mnie jak wszyscy — rzucała.

Więc zostawałam.

Miałam trzydzieści jeden lat, kiedy umarła. Siedziałam obok i trzymałam ją za rękę. Jej oddech stawał się coraz płytszy, aż nagle w pokoju zrobiło się przeraźliwie cicho.

Po pogrzebie wszyscy mówili, że byłam wspaniałą córką. Paweł objął mnie przed kościołem.

— Zrobiłaś dla niej wszystko.

Chciałam mu odpowiedzieć, że właśnie w tym problem. Zrobiłam wszystko dla niej, a nic dla siebie.

Kilka dni później znalazłam w szufladzie kopertę. Mama napisała list lewą ręką, krzywo, z przerwami.

„Martusiu, wiem, że przeze mnie nie pojechałaś. Bałam się zostać sama i byłam samolubna. Powinnam była kazać ci wyjechać. Wybacz mi”.

Usiadłam na podłodze i długo nie mogłam złapać oddechu. Czekałam na te słowa dwanaście lat. Kiedy je dostałam, nie przyniosły ulgi. Poczułam złość na nią, na Pawła, na ciotkę, ale najbardziej na siebie.

Mam teraz trzydzieści dwa lata, puste mieszkanie i doświadczenie, którego nikt nie wpisze mi do dyplomu. Pracuję w sklepie medycznym. Czasami, gdy doradzam komuś przy wyborze sprzętu dla chorego rodzica, myślę, że nadal mogłabym spróbować. Potem patrzę na opłaty i ogarnia mnie strach.

Czy naprawdę nie miałam wtedy innego wyjścia, czy tylko wszyscy pozwolili mi uwierzyć, że moje życie jest najmniej ważne? I czy po takim poświęceniu wolno mi żałować, skoro robiłam to z miłości?