Mąż spojrzał mi w oczy i powiedział, że jego matka zawsze będzie ważniejsza. Tego wieczoru spakowałam walizkę
— Moja matka jest ważniejsza od ciebie. Zawsze była i zawsze będzie.
Marek powiedział to spokojnie, stojąc przy kuchennym blacie i mieszając herbatę. Jakby informował mnie, że jutro będzie padać. Ja trzymałam w rękach mokry talerz. Woda kapała mi na kapcie, ale nie potrafiłam się poruszyć.
— Powtórz — wyszeptałam.
— Słyszałaś. Nie każ mi wybierać.
Tyle że ja nigdy nie kazałam mu wybierać.
Kiedy u jego mamy, pani Haliny, wykryto nowotwór, od razu powiedziałam, że pomożemy. Woziłam ją na badania do szpitala wojewódzkiego, stałam w kolejkach po recepty, gotowałam lekkie zupy. Po pracy jechałam do niej autobusem na drugi koniec miasta, robiłam zakupy i zmieniałam pościel. Czasem wracałam po dwudziestej drugiej, a rano znowu szłam do biura.
Nie oczekiwałam wdzięczności. Chciałam tylko, żeby Marek widział, że jestem obok.
Początkowo dziękował. Przytulał mnie i mówił, że beze mnie by sobie nie poradził. Potem każde nasze życie zaczęło kręcić się wokół jego mamy. Odwołał naszą rocznicową kolację, bo pani Halina źle się czuła. Rozumiałam. Tydzień później nie przyszedł na moje urodziny, bo matka poprosiła, żeby naprawił cieknący kran.
— Hydraulik nie może tego zrobić? — zapytałam przez telefon, patrząc na stygnący sernik i cztery puste krzesła.
— Anka, ona jest chora. Naprawdę zamierzasz robić awanturę o urodziny?
Nie zrobiłam. Zdmuchnęłam świeczkę sama.
Najgorsze nie było nawet to, że znikał. Najgorsze było, że każdą moją potrzebę traktował jak egoizm. Gdy mówiłam, że jestem zmęczona, odpowiadał, że jego mama ma gorzej. Gdy płakałam po poronieniu, siedział przy mnie może dziesięć minut. Potem pani Halina zadzwoniła, bo skończyło jej się mleko.
— Pojadę tylko na chwilę — obiecał.
Wrócił po północy. Ja nadal leżałam w łazience na zimnych kafelkach, ściskając ręcznik. Nawet nie zapytał, czy krwawienie ustało.
Po kilku miesiącach zaczęły się problemy z pieniędzmi. Marek bez rozmowy wypłacił osiem tysięcy z naszego wspólnego konta. Kupił mamie elektryczne łóżko i opłacił prywatną rehabilitację. Nie miałam pretensji o pomoc. Bolało mnie, że były to oszczędności na remont łazienki i leczenie, które zalecił mi lekarz po poronieniu.
— Mogłeś mnie zapytać — powiedziałam.
— A ty mogłaś mieć trochę serca.
To zdanie nosiłam w sobie tygodniami. Jak kamień.
Pani Halina też się zmieniła. Kiedy przychodziłam, mówiła, że źle odkurzyłam albo kupiłam nie ten twaróg. Przy Marku wzdychała:
— Synku, tylko ty naprawdę o mnie dbasz.
On wtedy patrzył na mnie z pretensją, jakbym była obcą osobą, która przyszła wykraść jej lekarstwa.
Pękłam w sobotę. Mieliśmy jechać do mojej mamy na sześćdziesiąte urodziny. Wszystko było ustalone od miesiąca. Rano pani Halina zadzwoniła, że czuje ucisk w piersi. Marek natychmiast chwycił kluczyki. Pojechałam z nim, przesiedziałam pięć godzin na izbie przyjęć. Badania nie wykazały nic niepokojącego. Lekarz powiedział, że może wrócić do domu.
Gdy wyszliśmy, mieliśmy jeszcze szansę zdążyć na tort.
— Jedźmy chociaż na godzinę — poprosiłam.
Pani Halina zacisnęła usta.
— Zostawicie mnie samą po takim przeżyciu?
Marek bez słowa zawrócił do samochodu.
W domu zapytałam go, czy moje uczucia znaczą dla niego cokolwiek. Wtedy padły te słowa. Matka jest ważniejsza. Zawsze będzie.
Poszłam do sypialni i wyjęłam walizkę. Marek stanął w drzwiach.
— Co ty wyprawiasz?
— Przestaję prosić własnego męża, żeby traktował mnie jak żonę.
— Czyli uciekasz, kiedy moja matka umiera?
Zapięłam walizkę, choć dłonie tak mi drżały, że dwa razy przycięłam materiał.
— Nie odchodzę przez twoją matkę. Odchodzę przez ciebie.
Zamieszkałam u mojej siostry, Agnieszki. Po tygodniu złożyłam pozew. Marek wysłał mi jedną wiadomość: „Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumna”. Nie zapytał, gdzie jestem ani czy daję sobie radę.
Czasem nadal czuję winę, bo pani Halina naprawdę była chora. Ale czy choroba jednej osoby musi oznaczać, że druga przestaje istnieć?
Czy wy też odeszlibyście po takich słowach, czy powinnam była jeszcze walczyć o nasze małżeństwo?