Usłyszałam, jak córka z wnukiem planują remont mojego mieszkania po mojej śmierci. Następnego dnia zmieniłam testament
— Jak babci zabraknie, wywalimy tę boazerię od razu. Kuchnię też trzeba będzie otworzyć na pokój — powiedział mój wnuk, stojąc trzy metry ode mnie.
Myśleli, że śpię.
Leżałam na wersalce pod kocem, z zamkniętymi oczami. Córka Ewa ściszyła głos, ale nie na tyle.
— Najpierw trzeba będzie załatwić spadek. I sprawdzić, czy mama czegoś nie podpisała tej swojej sąsiadce.
Poczułam, jak serce wali mi pod koszulą. Nie ze strachu. Ze wstydu, że własne dziecko mówi o mnie jak o zamku w drzwiach, który trzeba będzie kiedyś rozwiercić.
Mam siedemdziesiąt cztery lata. Mieszkam na ósmym piętrze bloku z wielkiej płyty na warszawskim Bródnie. Dwa pokoje, czterdzieści osiem metrów, balkon wychodzący na parking. To mieszkanie dostałam z mężem Markiem w 1982 roku. Tu wychowaliśmy Ewę. Tu Marek umarł po udarze.
Po jego śmierci cisza zrobiła się ciężka. Ewa dzwoniła raz na dwa tygodnie. Kacper wpadał jeszcze rzadziej, zwykle gdy potrzebował pieniędzy albo podpisu na jakimś dokumencie.
Ich wizyty zawsze wyglądały podobnie.
— Mamo, wymieniałaś piony?
— Babciu, masz wykupiony grunt pod blokiem?
— A księga wieczysta jest czysta?
Nikt nie pytał, czy boli mnie biodro. Czy mam zakupy. Czy boję się wchodzić do wanny.
Tamtego dnia udawałam śpiącą aż do ich wyjścia. Ewa zostawiła na stole drożdżówkę, twardą jak kamień. Kacper nawet się nie pożegnał.
Następnego ranka poszłam do notariusza. Pomogła mi sąsiadka, pani Janina, bo noga bolała tak, że ledwo zeszłam do taksówki.
Notariusz Tomasz wysłuchał mnie spokojnie. Wyjaśnił, że nie wystarczy napisać: „dostaną, jeśli będą dobrzy”, bo takiego warunku nie da się uczciwie rozliczyć. Ułożyliśmy więc testament dokładniej. Spadkobiercą miało zostać miejscowe hospicjum, a Ewa i Kacper mogli otrzymać mieszkanie w formie zapisu tylko wtedy, jeśli przez trzy kolejne lata zapewnią mi faktyczną pomoc: zakupy, wizyty lekarskie, opłacenie opiekunki po operacji i regularny kontakt. Wszystko miało być potwierdzane rachunkami, dokumentacją i przez wykonawcę testamentu.
Nie chciałam kupować miłości. Chciałam sprawdzić, czy jeszcze w ogóle istnieje.
Powiedziałam im o tym w niedzielę. Ewa pobladła. Kacper odsunął talerz z rosołem.
— To jest szantaż — rzucił.
— Nie. Szantażem jest czekanie, aż umrę, i nazywanie tego troską.
Ewa zaczęła płakać, ale po chwili jej twarz stwardniała.
— A ty byłaś przy mnie, kiedy umarł Piotr? Przyjechałaś raz. Powiedziałaś, żebym się pozbierała, bo mam dziecko.
Zabolało, bo miała rację. Po śmierci jej męża uciekłam w swoje obowiązki. Nie umiałam patrzeć na jej rozpacz. Łatwiej było mi umyć okna niż przytulić córkę.
— Może obie mamy sobie coś do wybaczenia — powiedziałam ciszej. — Ale ja jeszcze żyję, Ewa. Nie jestem mieszkaniem do opróżnienia.
Wyszli bez pożegnania.
Przez jedenaście dni telefon milczał. Zaczęłam myśleć, że wybrali utratę mieszkania. Było mi strasznie, ale też dziwnie lekko. Przynajmniej znałam odpowiedź.
Dwunastego dnia Kacper zapukał z torbą zakupów.
— Co trzeba zrobić? — zapytał, nie patrząc mi w oczy.
— Najpierw usiąść. Bez miarki, bez oglądania ścian.
Usiadł. Po godzinie przyznał, że ma długi i liczył na sprzedaż mieszkania. Ewa przyszła dwa dni później. Umyła mi włosy nad wanną, niezgrabnie, zalewając pół łazienki. Potem obie płakałyśmy.
Nie wiem jeszcze, czy troszczą się o mnie, czy pracują na spadek. Może na początku jedno miesza się z drugim. Testament nadal leży u notariusza, a ja pierwszy raz od dawna nie czuję się całkiem bezbronna.
Czy miłość, która pojawia się pod presją, może z czasem stać się prawdziwa? I czy źle zrobiłam, żądając od rodziny dowodów, skoro same słowa już nic dla mnie nie znaczyły?