Zaprosiłam przyjaciółkę na kilka dni do domku nad jeziorem. Po sześciu tygodniach usłyszałam, że jestem egoistką, bo kazałam im wyjechać
— Albo zaczniecie mi pomagać, albo jutro wyjeżdżacie — powiedziałam, stojąc w kuchni z mokrą ścierką w dłoni.
Magda nawet nie odłożyła telefonu. Jej mąż, Paweł, siedział przy stole i jadł ostatni kawałek sernika, który kupiłam sobie do kawy.
— Słucham? — zapytała w końcu. — Przecież mówiłaś, że możemy czuć się jak u siebie.
To zdanie przelało wszystko.
Mam niewielki domek letniskowy pod Olsztynem. Dostałam go po rodzicach. Dwa pokoje, skrzypiąca weranda, stary piecyk i jezioro kilka minut piechotą. Jeżdżę tam, kiedy potrzebuję ciszy. Po rozwodzie to było jedyne miejsce, w którym znowu nauczyłam się spokojnie zasypiać.
W czerwcu Magda zadzwoniła zapłakana. Właściciel mieszkania wypowiedział im najem, bo chciał wprowadzić córkę. Nowe lokum mieli dostać za dziesięć dni, a rezerwacja pensjonatu przy trójce dzieci przekraczała ich możliwości.
— Przyjedźcie do mnie — zaproponowałam. — Przecież nie zostawię was na bruku.
Przyjechali dwoma samochodami, wypakowanymi po dach. Już wtedy Paweł zażartował, że wyglądają, jakby planowali przeprowadzkę. Roześmiałam się. Dziś pamiętam ten śmiech i robi mi się niedobrze.
Pierwsze dni były nawet miłe. Dzieci biegały po ogrodzie, wieczorami siedzieliśmy przy grillu. Tylko że ja robiłam zakupy, przygotowywałam jedzenie i zbierałam talerze. Magda powtarzała, że jest wykończona przeprowadzką. Rozumiałam. Naprawdę rozumiałam.
Po dziesięciu dniach zapytałam o mieszkanie.
— Wyszły problemy z instalacją — odpowiedziała. — Jeszcze tydzień, dobrze?
Zgodziłam się.
Tydzień później usłyszałam, że właściciel przesunął termin. Potem, że Paweł czeka na wypłatę. Za każdym razem była jakaś historia, a ja nie chciałam wyjść na małostkową.
Tymczasem ich rzeczy zajmowały już wszystkie szafki. Paweł postawił w salonie konsolę, a Magda poprzekładała moje naczynia, bo „tak jest praktyczniej”. Dzieci wchodziły do mojej sypialni bez pukania. Najmłodszy syn pomazał kredkami ścianę, a Magda wzruszyła ramionami.
— To tylko dziecko, Anka. Farbą się zamaluje.
Nie kupili farby.
Codziennie wstawałam pierwsza. Robiłam śniadanie dla sześciu osób, potem pracowałam zdalnie przy stole na werandzie, próbując skupić się między krzykami dzieci. Po pracy zbierałam mokre ręczniki, opróżniałam zlew i włączałam kolejne pranie.
Paweł odpoczywał na pomoście. Magda oglądała seriale albo pisała ze znajomymi.
Pewnego wieczoru poprosiłam, żeby pozmywali po kolacji.
— Jasne, za chwilę — rzucił Paweł.
Rano talerze nadal stały na stole. Obok leżały kości z kurczaka, oblepione muchami.
Wtedy coś we mnie pękło, ale jeszcze milczałam. Głupio mi to przyznać. Bałam się, że jeśli się odezwę, stracę przyjaciółkę, którą znałam od liceum.
Po sześciu tygodniach wróciłam wcześniej z zakupów i usłyszałam, jak Magda rozmawia z siostrą przez telefon.
— U Anki możemy siedzieć do końca wakacji. Ona i tak jest sama, przynajmniej ma dla kogo gotować.
Stałam za drzwiami z siatkami wrzynającymi mi się w palce. Zapłaciłam za te zakupy prawie czterysta złotych. Na koncie zostało mi niewiele, bo rachunki za prąd i wodę wzrosły trzykrotnie.
Weszłam do kuchni i postawiłam torby na podłodze.
— Jutro wyjeżdżacie.
Magda najpierw zbladła, potem zaczęła krzyczeć. Że wyrzucam dzieci. Że wiem, w jakiej są sytuacji. Paweł stwierdził, że zachowuję się jak „stara panna pilnująca swojego kąta”.
— Nie wyrzucam was na ulicę — odpowiedziałam, choć trzęsły mi się ręce. — Macie rodzinę. Macie pieniądze na papierosy, pizzę i wycieczki. Nie macie tylko ochoty wziąć odpowiedzialności za siebie.
Spakowali się następnego dnia. Magda na pożegnanie powiedziała, że już mnie nie poznaje.
Wieczorem zaczęły przychodzić wiadomości od wspólnych znajomych. „Mogłaś wytrzymać jeszcze trochę”. „Rodzinie z dziećmi się nie odmawia”. „Zawiodłaś Magdę w najgorszym momencie”. Nikt nie zapytał, ile wydałam ani kiedy ostatnio przespałam całą noc. Nikt też nie zaproponował im własnego mieszkania.
Domek znowu jest cichy, ale nasza przyjaźń chyba się skończyła. Nadal zastanawiam się, czy postawiłam granicę za późno, czy może naprawdę powinnam była zacisnąć zęby.
Czy pomoc nadal jest pomocą, jeśli druga osoba zaczyna uważać ją za swój obowiązkowy przywilej? I czy na moim miejscu też kazalibyście im wyjechać?