Ojciec ukląkł przede mną i błagał, żebym zajęła się jego bratem. Tylko że ten człowiek zniszczył mi dzieciństwo

– Proszę cię, Anka, to już nie jest ten sam człowiek…

Mój ojciec siedział przy kuchennym stole i ściskał kubek z herbatą tak mocno, że aż drżała mu ręka. Za oknem lał listopadowy deszcz, kaloryfer stukał jak zawsze, a ja patrzyłam na niego i czułam, jak coś we mnie twardnieje.

– Tato, nie każ mi tego robić.

– On jest sam. Chory. Nie ma nikogo.

Zaśmiałam się krótko, tak nerwowo, że sama się siebie przestraszyłam.

– Nie ma nikogo? A ja kim byłam, kiedy miałam dziewięć lat i zamykałam się w łazience, bo bałam się wyjść, gdy był pijany?

Ojciec spuścił wzrok. I właśnie to bolało najbardziej. Nie to, że prosił. Tylko że wiedział. Zawsze wiedział.

Mój wujek, Marek, był młodszym bratem ojca. Mieszkaliśmy wtedy wszyscy w jednym domu pod Radomiem. Taki zwykły, wiecznie niedokończony dom. Na dole babcia, na górze my, a Marek zajmował mały pokój obok kotłowni. Niby rodzina, niby wspólne obiady, imieniny, niedziela i rosół, a prawda była taka, że całe dzieciństwo chodziłam na palcach.

Marek miał wybuchy. O byle co. O za głośny telewizor. O źle zaparzoną herbatę. O to, że buty stały nie tam, gdzie trzeba. Potrafił trzasnąć pięścią w stół tak, że talerze podskakiwały. Potrafił złapać mnie za ramię i syknąć do ucha:

– Nie gap się tak, bo cię nauczę szacunku.

Do dziś pamiętam zapach papierosów i piwa, kiedy się nade mną pochylał. I ten wstyd, gdy potem wszyscy mówili: „Wujek miał gorszy dzień, nie prowokuj go”. Jak dziecko może prowokować dorosłego faceta samym tym, że istnieje?

Najgorsze było lato, kiedy miałam dwanaście lat. Rodzice pojechali do hurtowni po materiały, babcia spała, a Marek został w domu. Weszłam do kuchni po kompot i zbiłam szklankę. Jedną głupią szklankę.

Wpadł jak burza.

– Co ty zrobiłaś, smarkulo?!

Zaczęłam przepraszać, ręce mi się trzęsły. A on pchnął mnie tak, że uderzyłam biodrem o szafkę. Nie mocno enough, żeby zostawić wielki ślad, ale wystarczająco, żebym zrozumiała, że może wszystko. Potem stanął nade mną i powiedział cicho, prawie spokojnie:

– Nikomu ani słowa, bo twoja matka znowu będzie robić teatr.

Powiedziałam. Matka płakała, ojciec milczał, babcia powtarzała, że „Marek jest nerwowy, ale serce ma dobre”. A tydzień później wszyscy siedzieli razem przy grillu, jakby nic się nie stało. Ja też siedziałam. Z kiełbasą na talerzu i gulą w gardle.

Wyprowadziłam się wcześnie. Studia w Lublinie były dla mnie ratunkiem. Przez lata uczyłam się normalnie oddychać, nie podskakiwać na dźwięk podniesionego męskiego głosu, nie tłumaczyć samej sobie cudzej agresji. Terapia kosztowała mnie majątek, serio. Brałam dodatkowe zlecenia po pracy, żeby ją opłacić. I było warto, chociaż długo miałam wrażenie, że sklejam się z kawałków.

A teraz Marek ma siedemdziesiąt lat, cukrzycę, chore serce i ledwo chodzi. Mieszka sam na ósmym piętrze w bloku na osiedlu Ustronie. Winda wiecznie się psuje, sąsiedzi go omijają, dzieci nie ma, żona odeszła dawno temu. Ojciec jeździ do niego z zakupami, ale sam też już nie ma siły. Ma problemy z kręgosłupem, nadciśnienie. Coraz częściej dzwoni do mnie wieczorami.

– Anka, zawiozłabyś mu leki?

– Anka, podskoczyłabyś chociaż raz w tygodniu?

– Anka, on pytał o ciebie.

Jak to usłyszałam, aż mnie ścisnęło.

– O mnie? Po co?

Ojciec długo nic nie mówił.

– Chce przeprosić.

Przeprosić. Po trzydziestu latach. Kiedy już nie może sam zejść po schodach i trzeba mu nosić zakupy. Dziwny zbieg okoliczności, prawda?

Poszłam do niego raz. Tylko dlatego, że ojciec prawie mnie błagał. Mieszkanie śmierdziało lekami, starym olejem i czymś kwaśnym. Marek siedział w fotelu w podkoszulku, chudszy, z zapadniętą twarzą. Pierwszy raz zobaczyłam go słabego.

– Anka… – zaczął.

Nie odpowiedziałam.

– Głupio mi. Różne rzeczy były.

Różne rzeczy były. Tak to nazwał. Jakby chodziło o spaloną zupę albo nieudaną Wigilię.

– Bałaś się mnie, co? – próbował się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego jakiś grymas.

Poczułam, jak całe ciało mam spięte.

– Bałam się. I do dziś to we mnie siedzi.

Odwrócił wzrok, zaczął skubać koc.

– Człowiek był młody, głupi…

Wtedy coś we mnie pękło.

– Nie. Byłeś dorosły. A ja byłam dzieckiem.

Cisza po tych słowach była ciężka jak beton. Z kuchni kapał kran. Na klatce ktoś ciągnął siatki z zakupami. Normalne życie, a ja znowu czułam się jak tamta mała dziewczynka pod ścianą.

Wyszłam po dziesięciu minutach. Na dole zadzwonił ojciec.

– I co?

Stałam pod blokiem, między zaparkowanymi autami, i patrzyłam na mokry chodnik.

– Nic. Nie dam rady.

– Anka, ale on cierpi.

– A ja nie cierpiałam?

Ojciec się rozpłakał. Pierwszy raz słyszałam, jak płacze naprawdę, bez chowania się za kaszlem i milczeniem.

– Zawaliłem. Wiem. Powinienem cię był obronić.

I znowu zrobiło mi się go żal. To jest chyba najgorsze w rodzinie. Krzywda nie idzie jedną linią. Ona się rozlewa. Z jednego człowieka na drugiego. Ojciec też całe życie ratował Marka, odkąd byli chłopakami. Bo tamten zawsze „słabszy”, „bardziej pogubiony”, „trudniejszy”. Tylko że kosztem mnie.

Od tamtej rozmowy minęły trzy miesiące. Pomagam ojcu, ale nie Markowi. Robię zakupy tacie, wożę go do lekarza, ogarniam recepty. Kiedy prosi, żebym pojechała do wujka, odmawiam. Czasem łagodnie, czasem już ze złością. Mam przez to wyrzuty sumienia, jasne. Zwłaszcza w nocy. Ale potem przypominam sobie swoje dziecięce dłonie trzęsące się nad zmiotką i wiem, że nie jestem nic winna człowiekowi, który nauczył mnie strachu.

Może to twarde. Może ktoś powie, że człowiek na starość zasługuje na litość. Tylko czy litość musi należeć się akurat ode mnie?

Naprawdę chciałabym wiedzieć, czy da się być dobrą córką, nie zdradzając przy tym samej siebie. I czy brak wybaczenia zawsze robi z człowieka tę gorszą osobę?