Powiedziała, że nienawidzę jej córki, bo odważyłam się powiedzieć, że tęsknię za dawną przyjaźnią

– Naprawdę to powiedziałaś? Że chcesz się ze mną spotkać bez Hani? Serio, Marta? Co jest z tobą nie tak?

Stałam wtedy przy osiedlowym śmietniku, z siatką zakupów wrzynającą mi się w dłoń, i czułam, jak ludzie mijają mnie zerkając ukradkiem, bo Paulina nie mówiła cicho. Ona wrzeszczała. Do telefonu. Jakbym obraziła nie tylko ją, ale cały sens jej życia.

A ja chciałam tylko powiedzieć, że tęsknię.

Znałyśmy się od technikum. Przeszłyśmy razem wszystko. Pierwsze prace za marne pieniądze, rozstania, wynajem pokoi z odpadającą farbą, wino za piętnaście złotych i rozmowy do drugiej w nocy o tym, że kiedyś będziemy miały lepiej. Jak mi zmarł tata, to Paulina spała u mnie trzy noce, bo bałam się ciszy. Jak jej narzeczony ją zostawił, siedziałam z nią na podłodze w kuchni i słuchałam, jak płacze, aż zasnęła oparta o piekarnik.

Naprawdę wierzyłam, że takich rzeczy się nie traci.

Kiedy zaszła w ciążę, cieszyłam się chyba prawie tak jak ona. Jeździłam z nią oglądać wózki, nosiłam torby z Pepco, stałam w kolejkach do lekarza, bo Krzysiek oczywiście był wiecznie „zawalony robotą”. Już wtedy coś mnie uwierało, ale tłumaczyłam sobie, że to chwilowe. Że ona jest zmęczona, że hormony, że strach.

Po porodzie wszystko się urwało. A raczej nie urwało się, tylko skurczyło do jednego tematu. Hania ulewa. Hania ma wysypkę. Hania zrobiła zieloną kupkę. Hania nie śpi. Hania śpi za dużo. Hania ma dziwny oddech. Hania chyba za mało przybiera. Hania za dużo przybiera. Każda rozmowa, dosłownie każda, kończyła się zdjęciem pieluchy, smoczka albo nagraniem, na którym mała sapie przez nos.

Na początku słuchałam cierpliwie. Mówiłam: „To pewnie nic”, „Zadzwoń do pediatry”, „Prześpij się trochę”. Tylko że Paulina dzwoniła coraz częściej. O szóstej rano, bo mała się wyprężyła. O dwudziestej trzeciej, bo Krzysiek poszedł spać i ona „już nie daje rady”. W niedzielę, kiedy byłam u mamy na obiedzie. W pracy. W autobusie. Pod prysznicem też by zadzwoniła, gdyby mogła.

Raz odebrałam szeptem podczas zebrania.

– Marta, ona ma czoło cieplejsze niż zwykle. Dotknij przez telefon, no oszaleję.

Zamknęłam oczy. Naprawdę to powiedziała.

A najgorsze było to, że ona przestała pytać o mnie. W ogóle. Mogłam mieć gorączkę, problem z czynszem, rozwaloną psychikę po rozstaniu z Michałem – i nic. Mówiłam: „Słuchaj, chyba stracę pracę, bo ucinają etaty”, a ona po sekundzie wchodziła mi w słowo:

– Wiesz, ja to się boję, że Hania ma napięcie mięśniowe. Widziałam filmik w internecie.

Jakby moje życie leciało w tle jak radio, które można ściszyć.

Zaczęłam unikać telefonu, a potem miałam wyrzuty sumienia. Bo przecież była matką. Bo była zmęczona. Bo może właśnie mnie potrzebowała najbardziej. Tylko że ja też byłam na granicy. Miałam ratę za mieszkanie, nadgodziny, mamę po zabiegu i ten pusty, duszny smutek po Michale, którego nie umiałam nikomu nawet dobrze nazwać.

Któregoś dnia umówiłyśmy się na kawę. Pomyślałam: dobra, wyjdziemy, posiedzimy, może będzie jak dawniej chociaż przez godzinę. Przyszła z wózkiem, dwiema torbami i miną, jakby szła na front. Usiadłyśmy. Przez czterdzieści minut mówiła tylko o kupkach, skokach rozwojowych i tym, że teściowa źle trzyma małą.

Patrzyłam na nią i czułam, że zaraz pęknę.

– Paulina… mogę ci coś powiedzieć, tylko się nie obrażaj.

– No?

– Ja naprawdę kocham Hanię. Ale strasznie mi brakuje ciebie. Nas. Tak po prostu. Żebyśmy czasem wyszły gdzieś bez wózka, pogadały też o czymś innym. Bo mam wrażenie, że już mnie w tej relacji trochę nie ma.

Najpierw zamilkła. Tak dziwnie, twardo. Poprawiła kocyk małej, chociaż leżał równo. Potem spojrzała na mnie, jakbym dała jej policzek.

– Czyli przeszkadza ci moje dziecko.

– Nie. Właśnie nie to mówię.

– Dokładnie to. Gratuluję szczerości.

– Paulina, proszę cię, nie przekręcaj. Mówię o nas.

– Nie ma już „nas”, Marta. Jest Hania. Tak wygląda życie. Dorośnij.

Poczułam, jak robi mi się gorąco ze wstydu i złości.

– Dorośnij? Od miesięcy jestem twoim pogotowiem emocjonalnym. Odbieram telefony o każdej porze, słucham, wspieram, przyjeżdżam, kiedy Krzysiek ma wszystko gdzieś. A ty nawet nie wiesz, że rozstałam się z Michałem na dobre, bo ani razu nie zapytałaś, co u mnie.

Ona aż drgnęła, ale tylko na moment.

– Bo twoje problemy nie są teraz najważniejsze.

To zabolało bardziej, niż się spodziewałam. Tak zwyczajnie, po ludzku. Jakby ktoś mi powiedział, że moja obecność była potrzebna, dopóki byłam użyteczna.

Wstałam. Ręce mi się trzęsły.

– Wiesz co? Chyba właśnie o to chodzi. Dla ciebie już nie jestem przyjaciółką, tylko dyżurnym wsparciem.

Ludzie przy stolikach zaczęli patrzeć. Hania zapłakała. Paulina od razu wzięła ją na ręce i wtedy rzuciła to, czego długo nie mogłam zapomnieć.

– Dobrze, że w końcu wyszło, jaka jesteś. Zazdrosna o niemowlę. To jest chore.

Nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że nie jestem zazdrosna o dziecko, tylko o miejsce, które kiedyś zajmowałam w sercu przyjaciółki? Brzmiałoby żałośnie, a ja i tak już czułam się wystarczająco mała.

Wieczorem przyszedł od niej jeszcze jeden SMS: „Nie kontaktuj się ze mną. Nie potrzebuję przy sobie ludzi, którzy nie akceptują mojego macierzyństwa”.

Patrzyłam na ekran chyba z godzinę. Potem usiadłam na podłodze w kuchni, dokładnie tam, gdzie kiedyś siedziałyśmy razem, i się rozpłakałam. Nie dlatego, że mnie obraziła. Bardziej dlatego, że straciłam kogoś jeszcze przed tym zerwaniem, tylko za długo nie chciałam tego przyznać.

Minęło dziewięć miesięcy. Nie odezwała się ani razu. Ja też nie. Czasem widzę ją na osiedlu z wózkiem, obok idzie Krzysiek i patrzy w telefon. Ona nawet nie podnosi wzroku.

I nadal się zastanawiam, czy naprawdę powiedziałam coś tak strasznego. Czy przyjaźń ma przetrwać wszystko, nawet jeśli jedna strona przestaje widzieć drugą? A może po prostu za późno zrozumiałam, że można kochać czyjeś dziecko i jednocześnie tęsknić za człowiekiem, który zniknął?