Zostałam z tym sama
– Teraz przyjechałaś? Teraz? – wyrwało mi się, zanim jeszcze dobrze zamknęła za sobą furtkę.
Stała z walizką na mokrym chodniku, w beżowym płaszczu, jakby przyjechała na weekend do pensjonatu, a nie do domu, w którym ojciec od trzech lat praktycznie nie wstawał z łóżka. Padał drobny listopadowy deszcz. Pachniało węglem od sąsiadów i wilgocią z ogrodu, którego od miesięcy nie miałam siły ogarnąć.
Magda nawet się nie przywitała. Tylko popatrzyła na mnie tym swoim zmęczonym wzrokiem i powiedziała cicho:
– Nie zaczynaj od progu, błagam.
Ale ja już byłam poza hamulcami.
– To kiedy mam zacząć? Jak będziesz piła kawkę w kuchni? Czy może jak będziesz ojcu mówić, że “trzeba być silnym”, po czym wrócisz do Warszawy?
W domu było duszno. Ojciec kaszlał w swoim pokoju. Ten suchy, męczący kaszel znałam lepiej niż własny oddech. Zostawiłam Magdę w przedpokoju i pobiegłam do niego. Leżał półprzytomny, z kołdrą zsuniętą na podłogę.
– Już, tato, już jestem – poprawiłam mu poduszkę.
Ręce mi się trzęsły. Ze zmęczenia, ze złości, może z obu rzeczy naraz. Od trzech lat moje życie wyglądało tak samo. Leki o siódmej, śniadanie zmiksowane, mycie, pranie pościeli, lekarz rodzinny, apteka, ZUS, rachunki, nocne wstawanie, bo tata znowu nie trafił w dzwonek albo po prostu bał się zostać sam w ciemności.
A Magda? Telefon raz na dwa tygodnie.
„Jak tata?”
„A jakoś.”
„Trzymaj się, serio teraz mam młyn.”
Młyn. To słowo zaczęłam nienawidzić.
Wieczorem siedziałyśmy w kuchni. Stary stół po mamie, cerata w maki, niedopita herbata. Ojciec zasnął po lekach. W końcu Magda zdjęła płaszcz i spojrzała na mnie jak człowiek, nie jak intruz.
– Wyglądasz strasznie, Anka.
Zaśmiałam się krótko.
– Dzięki. Ty za to świetnie. Warszawa ci służy.
– Nie musisz być złośliwa.
– A ty nie musiałaś znikać.
Zamilkła. Wbiła wzrok w kubek.
– Myślisz, że ja nie mam poczucia winy? – zapytała po chwili. – Myślisz, że było mi łatwo siedzieć tam i odbierać twoje zdawkowe wiadomości? “Stabilnie”. “Bez zmian”. “Gorzej”. Tyle wiedziałam.
Poczułam, jak coś mi podchodzi do gardła.
– Zdawkowe? Magda, ja nie miałam kiedy iść do fryzjera od dwóch lat. Nie miałam z kim zostawić ojca, żeby iść do dentysty. Rozstałam się z Piotrkiem, bo ile można słuchać, że “muszę też pomyśleć o sobie”. A ty mi mówisz, że byłaś odcięta?
– Bo byłam! – uderzyła dłonią w stół. – Za każdym razem, gdy proponowałam, żeby zabrać tatę do prywatnego ośrodka albo zatrudnić opiekunkę, mówiłaś, że nie, że ty wiesz lepiej, że on chce być w domu.
– Bo chciał!
– A ty? Ty czego chciałaś?
Tego pytania nikt mi wcześniej nie zadał. Nawet ja sama.
Patrzyłam na pęknięcie w ceracie i nagle przypomniało mi się, jak jako dzieci siedziałyśmy przy tym stole z mamą i lepiłyśmy uszka na Wigilię. Magda zawsze robiła za duże, mama się śmiała, a ojciec podjadał farsz i udawał, że to kot.
I wtedy po prostu pękłam.
Nie tak ładnie, jak w filmach. Bez łez spływających po jednym policzku. Zgięło mnie wpół. Zaczęłam ryczeć jak dziecko.
– Ja już nie mogę – powiedziałam przez zaciśnięte gardło. – Naprawdę już nie mogę.
Magda usiadła obok. Najpierw sztywno, jakby nie wiedziała, czy ma prawo. Potem położyła mi rękę na plecach. Znałam ten gest. Robiła tak, kiedy miałam dziesięć lat i bałam się burzy.
– Czemu nic nie powiedziałaś wprost? – wyszeptała.
– Bo jak? Że jestem zła na własnego ojca? Że czasem marzę, żeby przespać całą noc? Że jak słyszę jego kaszel, to mnie skręca nie tylko ze strachu, ale też z wkurzenia? Kto tak mówi?
– Normalny człowiek – odpowiedziała. – Zajechany człowiek.
Siedziałyśmy tak długo. W ciszy. Lodówka buczała, za oknem ktoś zamykał bramę, a ja pierwszy raz od miesięcy nie czułam się sama z tym wszystkim.
Następnego dnia Magda poszła ze mną do przychodni. Potem do MOPS-u. Potem zadzwoniła do swojej znajomej, której mama miała opiekunkę dochodzącą. Wieczorem usiadła z tatą i ogoliła go, choć ręce jej drżały. Patrzyłam z drzwi. Tata otworzył oczy i powiedział słabo:
– Obie jesteście uparte po matce.
Zaśmiałyśmy się. Pierwszy raz razem od bardzo dawna.
Nie było nagłego cudu. Nie wyczyściłyśmy wszystkich żalów jedną rozmową. Wypłynęły też pieniądze. To, że z mojej pensji szło na dom więcej, niż mówiłam. To, że Magda wysyłała czasem przelewy, ale za małe i za rzadko. To, że miała żal, bo ojciec bardziej ufał mnie. To, że ja miałam żal o wszystko.
Ale zaczęłyśmy mówić prawdę. Brzydką, niewygodną, taką, po której człowiek siedzi w ciszy i nie wie, czy się obrazić, czy przytulić.
Dziś opieka jest podzielona. Magda przyjeżdża co drugi tydzień, ja wróciłam na pół etatu do pracy w bibliotece. Nadal bywa ciężko. Czasem patrzę na nią i wraca stare ukłucie. Czasem ona patrzy na mnie, jakbym nie umiała odpuścić kontroli. Może to prawda.
Rodzina potrafi zmęczyć bardziej niż obcy. Ale chyba właśnie dlatego tak boli, kiedy zaczyna się sypać.
Do dziś nie wiem, czy bardziej skrzywdziło mnie to, że zostałam sama, czy to, że tak długo nie umiałam powiedzieć: “pomóż mi”. A wy? Da się jeszcze posklejać siostrzaną miłość, kiedy wcześniej tyle rzeczy pękło?