Nigdy nie sądziłam, że rodzinne wizyty mogą być aż tak wyczerpujące. Nie chcę już, żeby przyjeżdżali, zwłaszcza mój siostrzeniec.

– Znowu przyjadą? – pytam siebie w myślach, patrząc na zegar w kuchni. Jest dopiero siódma rano, ale już czuję ciężar dnia, który dopiero się zaczyna. Wiem, że za kilka godzin dom wypełni się głosami, śmiechem, a może i kłótniami. Najbardziej boję się tego, co zrobi Bartek – mój siostrzeniec. Ostatnio, kiedy był, rozlał kompot na nową serwetę, a potem udawał, że to nie jego wina. Moja siostra, Anka, tylko wzruszyła ramionami: „Daj spokój, dzieci tak mają”.

Wychodzę na podwórko. Powietrze pachnie mokrą ziemią i dymem z sąsiedniego komina. Muszę nakarmić kury, wyciągnąć wodę ze studni, a potem jeszcze przynieść drewno na opał. W głowie układam listę rzeczy do zrobienia: wyciągnąć słoiki z piwnicy, przygotować ciasto, posprzątać pokój gościnny. Wszystko musi być idealnie, bo inaczej usłyszę od mamy: „No, mogłabyś się bardziej postarać, w końcu rodzina przyjeżdża”.

– Mamo, po co się tak spinasz? – pyta mój syn, Michał, który właśnie wychodzi z pokoju, przecierając oczy. – Przecież to tylko ciocia Anka i Bartek.

– Właśnie dlatego – odpowiadam, z trudem ukrywając irytację. – Bo to rodzina. A rodzina potrafi być najbardziej wymagająca.

Michał wzrusza ramionami i wychodzi na dwór. Zazdroszczę mu tej beztroski. Ja już dawno ją straciłam. Odkąd tata zmarł, wszystko jest na mojej głowie. Mama coraz częściej narzeka na zdrowie, a brat mieszka w mieście i pojawia się tylko na święta. Zostałam ja – Marta, ta, która zawsze wszystko ogarnia.

W piwnicy pachnie wilgocią i ziemniakami. Schodzę po skrzypiących schodach, niosąc koszyk. Słoiki z ogórkami, kompoty, dżemy – wszystko trzeba przynieść na górę. Wiem, że Anka będzie patrzeć, czy wszystko jest domowej roboty. „A u nas w sklepie to już nie ma takich ogórków” – powie, a potem doda, że jej Bartek i tak nie je takich rzeczy, bo „ma delikatny żołądek”.

Wspomnienie ostatniej wizyty wraca do mnie jak bumerang. Bartek biegał po podwórku, gonił kury, a potem wrzucił jedną do beczki z wodą. Kura ledwo się uratowała. Anka tylko się śmiała: „Oj, dzieciak się bawi”. Ja wtedy nie wytrzymałam:

– Bartek, przestań! To nie jest zabawa, to są żywe zwierzęta!

Bartek spojrzał na mnie z wyzwaniem w oczach, a Anka odciągnęła go na bok, rzucając mi spojrzenie pełne pretensji. Potem przez resztę dnia czułam się jak intruz we własnym domu.

Teraz, kiedy wiem, że znowu przyjadą, czuję, jak narasta we mnie złość. Dlaczego to ja mam się starać, sprzątać, gotować, znosić fochy i wybryki Bartka? Dlaczego nikt nie widzi, ile mnie to kosztuje?

Telefon dzwoni. To mama.

– Martuś, pamiętaj, żeby nie zapomnieć o cieście. Anka bardzo lubi sernik, a Bartek to tylko drożdżówkę. I nie zapomnij o tej nowej pościeli, co kupiłaś w zeszłym roku. Wiesz, Anka ma alergię na kurz.

– Mamo, wszystko będzie – odpowiadam, choć mam ochotę krzyknąć, że mam już dość.

Odkładam słuchawkę i czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Przecież to mój dom. Dlaczego czuję się w nim jak służąca?

Zaczynam piec sernik. W kuchni pachnie wanilią i cytryną, ale ja nie czuję radości. Myślę tylko o tym, jak Bartek znowu będzie biegał po domu, rozrzucał zabawki, a Anka będzie udawać, że nic się nie dzieje. Michał pewnie zamknie się w swoim pokoju, żeby nie słuchać narzekań babci i cioci.

W południe przyjeżdżają. Słyszę już z daleka dźwięk samochodu. Bartek wyskakuje pierwszy, biegnie przez podwórko, potyka się o wiadro z wodą, rozlewa wszystko na trawę. Anka wychodzi powoli, z telefonem przy uchu.

– Cześć, Martuś! – woła, nawet nie patrząc na mnie. – Ale masz tu bałagan, nie miałaś czasu posprzątać?

Zaciskam zęby. Mama już wchodzi do kuchni, rozgląda się krytycznie.

– No, mogłabyś się bardziej postarać – mówi, dokładnie tak, jak przewidziałam.

Bartek już jest w kurniku. Słyszę gdakanie, potem trzask drzwi. Wybiegam na podwórko.

– Bartek, zostaw te kury! – krzyczę. – To nie są zabawki!

Bartek patrzy na mnie z wyzwaniem.

– A co mi zrobisz? – pyta bezczelnie.

Anka wychodzi z domu, słysząc mój podniesiony głos.

– No już, Marta, nie przesadzaj. Dziecko się bawi. Po co te nerwy?

– Bo to nie jest zabawa! – odpowiadam, czując, jak głos mi drży. – Kury się boją, a ja mam potem z nimi problem!

Anka przewraca oczami.

– Ty zawsze musisz robić z igły widły.

Wracamy do domu. Bartek rozrzuca zabawki po całym pokoju, wylewa sok na dywan. Anka siedzi na kanapie, przegląda Facebooka. Mama narzeka, że kawa za słaba, a sernik za suchy. Michał zamyka się w swoim pokoju.

Czuję, jak narasta we mnie frustracja. Próbuję rozmawiać z Anką, ale ona tylko wzrusza ramionami. „Nie przesadzaj, Martuś, przecież to tylko jeden dzień”.

Ale dla mnie to nie jest tylko jeden dzień. To kolejne godziny sprzątania, prania, naprawiania szkód. To kolejne łzy w poduszkę, kiedy wszyscy wyjadą, a ja zostanę sama z bałaganem i poczuciem winy, że znowu nie byłam wystarczająco dobra.

Wieczorem, kiedy wszyscy już śpią, siedzę w kuchni z kubkiem herbaty. Patrzę na rozrzucone zabawki, plamy na dywanie, brudne naczynia w zlewie. Czuję się pusta. Czy naprawdę rodzina powinna być powodem łez i frustracji? Czy to ja jestem zbyt wrażliwa, czy oni zbyt obojętni?

Następnego dnia rano, kiedy Anka z Bartkiem wyjeżdżają, mama mówi:

– No, Martuś, nie bądź taka drażliwa. Rodzina to rodzina.

Patrzę na nią i nie wiem, co odpowiedzieć. Czy naprawdę muszę poświęcać siebie, żeby inni czuli się dobrze? Czy to jest cena za bycie „tą odpowiedzialną”?

Zostaję sama w domu. Sprzątam, piorę, naprawiam. W głowie wciąż słyszę słowa Anki i mamy. Czuję się zmęczona, wypalona. Czy to naprawdę tak musi wyglądać rodzinna miłość?

Czasem myślę, że lepiej byłoby, gdyby już nie przyjeżdżali. Zwłaszcza Bartek. Może wtedy wreszcie poczułabym, że mój dom jest naprawdę mój.

Czy jestem złą córką, siostrą, ciotką, jeśli nie chcę już tych wizyt? Czy ktoś z was też tak czasem czuje?