Serce większe niż dom: Opowieść o Marii, matce sześciorga dzieci
– Mamo, dlaczego oni płaczą? – zapytała mnie Zosia, moja siedmioletnia córka, kiedy przez uchylone drzwi zobaczyła dzieci sąsiadki skulone na schodach.
Zamarłam. W głowie miałam tysiąc myśli, a serce waliło mi jak oszalałe. Właśnie wróciłam z pogrzebu Basi – kobiety, którą znałam od lat. Zawsze uśmiechnięta, zawsze gotowa pomóc. Teraz jej dzieci – Antek i Lena – siedziały same na klatce schodowej, z oczami czerwonymi od płaczu.
– Chodźcie do środka – powiedziałam cicho, czując jak głos mi drży. – Chodźcie, nie możecie tu tak siedzieć.
Moje własne dzieci patrzyły na mnie zdezorientowane. Michał, mój mąż, stał w progu kuchni i milczał. Wiedziałam, co myśli – ledwo wiążemy koniec z końcem, a ja chcę przygarnąć jeszcze dwoje dzieci? Ale nie mogłam inaczej. Nie po tym, jak widziałam ich matkę w trumnie i słyszałam, jak sąsiedzi szepczą: „Co teraz z nimi będzie?”
Wieczorem usiedliśmy przy stole. Dzieci spały w jednym pokoju – moje i Basi. Michał nalał sobie herbaty i spojrzał na mnie ciężkim wzrokiem.
– Maria… Przecież nie damy rady. Ty wiesz, ile kosztuje wyprawka do szkoły? A co z naszymi? Zosia już się pytała, czy będzie musiała oddać swoje łóżko.
– Wiem – odpowiedziałam cicho. – Ale nie mogę ich zostawić. Nie mają nikogo.
Milczeliśmy długo. W końcu Michał westchnął:
– Zrobisz jak uważasz. Ale pamiętaj, że to nie jest tylko twoja decyzja.
Przez kolejne dni żyliśmy jak w zawieszeniu. Dzieci Basi były ciche, przestraszone. Lena moczyła się w nocy, Antek nie chciał jeść. Moje dzieci zaczęły się buntować – Zosia płakała, że nie ma już swojego miejsca przy stole, Kuba obraził się i zamknął w sobie.
Pewnego popołudnia przyszła do mnie teściowa.
– Mario, ty chyba zwariowałaś! – wybuchła od progu. – Ty masz własne dzieci! Myślisz, że zbawisz cały świat?
Zacisnęłam pięści pod stołem.
– Mamo, one nie mają nikogo. Nie mogę ich oddać do domu dziecka.
– A twoje dzieci? One mają matkę czy opiekunkę społeczną?
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przez chwilę chciałam się poddać. Ale potem zobaczyłam Lenę przytuloną do mojej Zosi i wiedziałam, że nie mogę.
Zaczęły się wizyty kuratora. Pytania o dochody, warunki mieszkaniowe, relacje rodzinne. Czułam się jak pod mikroskopem. Michał coraz częściej wracał późno z pracy. W domu narastało napięcie.
Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę moich dzieci:
– Mama już nas nie kocha – szepnął Kuba do Zosi.
Serce mi pękło. Weszłam do pokoju i przytuliłam ich mocno.
– Kocham was najbardziej na świecie – powiedziałam przez łzy. – Ale czasem trzeba pomóc komuś innemu, kto nie ma nikogo.
Nie było łatwo. Były dni, kiedy miałam ochotę uciec z domu i nigdy nie wracać. Kiedy Lena dostała wysokiej gorączki i musiałam jechać z nią na SOR o drugiej w nocy, a rano szefowa w pracy patrzyła na mnie z politowaniem. Kiedy Michał wykrzyczał mi w twarz:
– To już nie jest nasza rodzina! To jest jakiś dom dziecka!
Wtedy płakałam najgłośniej. Ale potem przychodziły chwile ciszy – kiedy Antek po raz pierwszy się uśmiechnął, kiedy Lena powiedziała do mnie „mamo”, kiedy moje dzieci zaczęły dzielić się zabawkami bez marudzenia.
Najtrudniej było z Michałem. Coraz częściej spał na kanapie w salonie. Unikał rozmów, zamykał się w sobie. Pewnej nocy usiadł obok mnie i powiedział:
– Ja już nie wiem, kim jesteśmy. Nie poznaję cię.
Spojrzałam mu w oczy.
– Może właśnie teraz jestem sobą najbardziej – odpowiedziałam cicho.
Przyszły święta Bożego Narodzenia. Sześć par małych rąk lepiło pierogi w kuchni. Było głośno, chaotycznie, ale czułam dziwny spokój. Teściowa przyszła z opłatkiem i po raz pierwszy od miesięcy przytuliła mnie bez słowa wyrzutu.
Po Nowym Roku dostaliśmy decyzję sądu – mogę zostać rodziną zastępczą dla Antka i Leny. Płakałam ze szczęścia i strachu jednocześnie.
Dziś minęły dwa lata od tamtego dnia na klatce schodowej. Nasz dom jest pełen śmiechu i kłótni, łez i radości. Michał wrócił do nas – pogodził się z tym, że nasza rodzina wygląda inaczej niż kiedyś. Moje dzieci nauczyły się dzielić nie tylko zabawkami, ale też sercem.
Czasem patrzę na siebie w lustrze i pytam: czy zrobiłam dobrze? Czy moje dzieci kiedyś mi wybaczą te wszystkie trudne chwile? A może właśnie wtedy nauczyły się najważniejszego – że serce może być większe niż dom?