Samotność w tłumie: Historia jednego zimowego poranka
— Proszę pana, wszystko w porządku? — zapytałem, choć głos mi się łamał, a serce waliło jak oszalałe. W autobusie panował zaduch, szyby były zaparowane, a w powietrzu unosił się zapach taniego tytoniu i starych ubrań. Był środek zimy, mróz szczypał w policzki, a ludzie tłoczyli się, byle tylko nie stać przy drzwiach. Tego dnia jechałem na uczelnię, myśląc o kolokwium z prawa cywilnego i o tym, że znowu nie zdążyłem zjeść śniadania.
Na przystanku „Plac Grunwaldzki” wszedł mężczyzna około pięćdziesiątki. Miał na sobie znoszoną kurtkę, spod której wystawał sweter w romby. Ledwo trzymał się na nogach, chwycił się poręczy, jakby to od niej zależało jego życie. Najpierw pomyślałem, że jest pijany — tak jak wielu innych o tej porze. Ale potem zobaczyłem jego twarz: blada, spocona, oczy szeroko otwarte, jakby szukały ratunku.
Ludzie odwracali wzrok. Kobieta obok mnie poprawiła słuchawki w uszach i jeszcze mocniej wtuliła się w płaszcz. Starszy pan z gazetą spojrzał na mnie z dezaprobatą, jakbym robił coś niestosownego. A ja stałem jak sparaliżowany. W głowie miałem głos mojej matki: „Nie mieszaj się w cudze sprawy, synku. Nigdy nie wiadomo, na kogo trafisz”. Ale przecież nie mogłem tak po prostu patrzeć.
Mężczyzna nagle osunął się na podłogę autobusu. Ktoś krzyknął, ktoś inny przeklął pod nosem. Kierowca zatrzymał pojazd z piskiem hamulców. Wszyscy cofnęli się o krok, jakby bali się zarazić czymś niewidzialnym. Tylko ja podszedłem bliżej.
— Proszę pana! — uklęknąłem przy nim, czując na sobie wzrok całego autobusu. — Słyszy mnie pan?
Otworzył oczy na chwilę i wyszeptał: — Zimno mi…
Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem po pogotowie. Ręce mi drżały tak bardzo, że prawie upuściłem aparat. Ktoś za mną mruknął: — Po co się wtrącasz? Pewnie pijak.
— Może pan da mu spokój? — odezwała się kobieta z tyłu. — Każdy ma swoje problemy.
Poczułem wściekłość i bezsilność jednocześnie. Dlaczego nikt nie chce pomóc? Dlaczego wszyscy patrzą tylko na siebie?
Karetka przyjechała po kilku minutach, choć wydawało mi się, że minęła wieczność. Ratownicy zabrali mężczyznę na noszach. Jeden z nich spojrzał na mnie i powiedział cicho:
— Dobrze pan zrobił. Gdyby nie pan, mogło być za późno.
Autobus ruszył dalej. Ludzie wrócili do swoich spraw — do telefonów, gazet, rozmów o niczym. Ja zostałem z poczuciem pustki i niepokoju.
Wysiadłem dwa przystanki dalej niż zwykle. Szliśmy przez zasypane śniegiem ulice Wrocławia, a w głowie miałem tylko jedno pytanie: co by było, gdybym też odwrócił wzrok?
W domu czekała na mnie matka. Od razu poznała po mojej minie, że coś się stało.
— Coś ty taki blady? — zapytała, nalewając mi herbaty.
Opowiedziałem jej wszystko. Siedziała naprzeciwko mnie, słuchała uważnie, ale widziałem w jej oczach niepokój.
— Synku… Ja rozumiem twoje dobre serce, ale świat jest niebezpieczny. Nigdy nie wiadomo…
— Mamo! — przerwałem jej ostro. — Gdyby każdy tak myślał, ten człowiek by umarł!
Zamilkła na chwilę.
— Może masz rację… Ale ja się o ciebie boję.
Wyszedłem do swojego pokoju i długo nie mogłem zasnąć tej nocy. Przewracałem się z boku na bok, myśląc o tym mężczyźnie i o ludziach w autobusie. O tym, jak łatwo jest być obojętnym i jak trudno przełamać strach przed reakcją innych.
Następnego dnia poszedłem do szpitala dowiedzieć się o los tego człowieka. Pielęgniarka spojrzała na mnie zaskoczona:
— Pan jest rodziną?
— Nie… Po prostu… Byłem tam.
Okazało się, że mężczyzna miał zawał serca. Gdyby nie szybka pomoc, nie przeżyłby.
Wyszedłem ze szpitala z poczuciem ulgi i dumy, ale też ze smutkiem. Ilu ludzi codziennie przechodzi obok cierpienia innych? Ilu z nas boi się wyciągnąć rękę?
Wieczorem zadzwonił do mnie ojciec. Od lat mamy trudne relacje — odkąd rozwiódł się z mamą i wyjechał do Warszawy, rozmawiamy rzadko.
— Słyszałem od mamy, co zrobiłeś — powiedział cicho. — Jestem z ciebie dumny.
Zaskoczyło mnie to bardziej niż cokolwiek innego tego dnia.
Siedzę teraz przy biurku i patrzę przez okno na zimowe miasto. Myślę o tym wszystkim i pytam sam siebie: czy naprawdę tak trudno być człowiekiem wśród ludzi? Czy obojętność to nasza nowa codzienność? A może wystarczy jeden gest, by coś zmienić?