„Moja synowa zabroniła Jankowi jeść burgery, bo są ‘za tłuste’. Ta ‘zdrowa’ obsesja niszczy naszą rodzinę” – historia matki z polskiej wsi
— Janek, nie! — krzyknęła Marta, wyrywając mu z ręki talerzyk z gorącym burgerem, który właśnie zdjęłam z grilla. Stałam osłupiała na tarasie naszego domu pod Lublinem, czując, jak serce mi się ściska. To był nasz rodzinny zwyczaj: w każdą sobotę robiliśmy domowe burgery, śmialiśmy się, wspominaliśmy stare czasy. Ale od kiedy Janek ożenił się z Martą, wszystko się zmieniło.
Janek spojrzał na mnie przepraszająco, a potem spuścił wzrok. — Mamo, wiesz… Marta ma rację. Powinienem bardziej dbać o zdrowie.
Zacisnęłam dłonie na fartuchu. — Synku, przecież to tylko jeden burger w tygodniu. Zawsze to lubiłeś!
Marta westchnęła teatralnie. — Pani Aniu, nie rozumie pani, że tłuszcze trans są rakotwórcze? Janek ma podwyższony cholesterol. Ja nie pozwolę mu tego jeść.
Poczułam się jak intruz we własnym domu. Przez lata byłam dla Janka wszystkim: matką, przyjaciółką, powierniczką. Po śmierci mojej mamy to ja przejęłam rodzinne przepisy i tradycje. Kiedy Janek był mały, razem lepiliśmy pierogi i piekliśmy szarlotkę. Teraz miałam wrażenie, że ktoś wymazuje te wspomnienia gumką.
Janek zawsze był spokojny, trochę zamknięty w sobie. Po studiach informatycznych wrócił do nas na wieś, bo mówił, że tu czuje się najlepiej. Pracował zdalnie dla firmy z Warszawy i pomagał tacie w ogrodzie. Byliśmy szczęśliwi – aż do momentu, gdy poznał Martę.
Marta była inna niż wszystkie dziewczyny z naszej okolicy. Pochodziła z Krakowa, była dietetyczką i prowadziła popularnego bloga o zdrowym stylu życia. Kiedy pierwszy raz przyjechała do nas na weekend, od razu zaczęła krytykować nasze jedzenie: „Za dużo soli”, „Za tłusto”, „Za mało warzyw”. Próbowałam być miła, ale czułam się oceniana na każdym kroku.
Po ślubie Janek zaczął się zmieniać. Najpierw przestał jeść mięso – „bo Marta mówi, że czerwone mięso szkodzi”. Potem przynosił na rodzinne obiady własne jedzenie w plastikowych pudełkach: kaszę jaglaną z tofu albo sałatkę z komosy ryżowej. Zamiast pić kompot z rabarbaru, popijał zielone smoothie.
Mój mąż Andrzej próbował żartować: — Synu, nie przesadzaj! Jak byłem młody, jadłem boczek i żyję!
Ale Janek tylko się uśmiechał nerwowo i patrzył na Martę, jakby czekał na jej aprobatę.
Najgorsze przyszło podczas ostatnich świąt Bożego Narodzenia. Przygotowałam tradycyjne potrawy: barszcz z uszkami, karpia w galarecie, makowiec. Marta przyszła do kuchni i zaczęła wyciągać produkty z lodówki.
— Pani Aniu, czy mogę zrobić własną wersję pierogów? Bez glutenu i laktozy?
Zgodziłam się niechętnie. Ale kiedy zobaczyłam, jak Janek odsuwa mój makowiec i sięga po jej „fit sernik” z tofu i erytrytolem, poczułam łzy w oczach.
Wieczorem usiadłam z Andrzejem przy stole.
— On już nie jest naszym Jankiem — powiedziałam cicho. — Ona go zmieniła.
Andrzej wzruszył ramionami. — Może to minie? Może mu przejdzie?
Ale nie mijało. Z każdym miesiącem Janek coraz bardziej oddalał się od nas. Przestał przychodzić na niedzielne obiady. Tłumaczył się pracą albo tym, że „Marta źle się czuje po waszym jedzeniu”.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka Zosia:
— Anka, widziałam twojego Janka w sklepie. Wyglądał na bardzo zmęczonego…
Zmartwiłam się. Zadzwoniłam do niego wieczorem.
— Synku, wszystko w porządku?
— Tak, mamo… — zawahał się. — Tylko dużo pracy.
Ale ja czułam w jego głosie smutek.
Kilka dni później przyszli do nas oboje na chwilę. Marta od razu zaczęła mówić o nowej diecie eliminacyjnej i o tym, jak „stare pokolenie nie rozumie współczesnych zagrożeń zdrowotnych”.
Nie wytrzymałam.
— Marto, czy ty naprawdę myślisz, że nasze jedzenie jest takie złe? Że przez to Janek będzie chory?
Spojrzała na mnie chłodno.
— Tak. Uważam, że wasze nawyki są przestarzałe i szkodliwe.
Janek spuścił głowę.
— Synku… — wyszeptałam. — Czy ty naprawdę tego chcesz?
Nie odpowiedział.
Po ich wyjściu płakałam długo. Czułam się bezsilna wobec tej nowej rzeczywistości. Czy naprawdę jestem złą matką tylko dlatego, że chcę karmić syna tak jak dawniej? Czy tradycja musi ustąpić miejsca modzie na zdrowie?
Od tamtej pory nasze relacje są napięte. Boję się dzwonić do Janka – zawsze odbiera Marta albo słyszę w jego głosie dystans. Andrzej mówi: „Daj im czas”. Ale ja czuję, że tracę syna przez coś tak błahego jak… jedzenie.
Czasem patrzę na stare zdjęcia: Janek z uśmiechem przy stole pełnym pierogów i kotletów schabowych. Czy to już nigdy nie wróci?
Może przesadzam? Może powinnam zaakceptować wybory syna? Ale czy zdrowy styl życia naprawdę jest ważniejszy niż rodzina i miłość?
Czy ktoś z was też czuje się czasem obcy we własnej rodzinie? Czy warto walczyć o tradycję – czy lepiej odpuścić?