Zostawiłam rodzinę w tyle: Mój brat uważa, że jestem egoistką, ale nie żałuję ani chwili
— Znowu uciekasz? — głos mojego brata, Pawła, odbił się echem po ciemnej kuchni. Stał oparty o framugę drzwi, z rękami skrzyżowanymi na piersi, a jego oczy błyszczały gniewem i rozczarowaniem. W dłoniach ściskałam już torbę podróżną, a serce waliło mi jak oszalałe.
— Nie uciekam, Paweł. Po prostu… muszę spróbować czegoś innego — odpowiedziałam cicho, nie patrząc mu w oczy. Wiedziałam, że dla niego to zdrada. Dla mnie — jedyna szansa na życie poza granicami tej dusznej wsi.
Od dziecka czułam się tu obca. Nasza mama, Teresa, była twardą kobietą. Po śmierci ojca przejęła gospodarstwo i wychowywała nas sama. Paweł od zawsze był jej prawą ręką — silny, pracowity, gotowy do poświęceń. Ja… byłam inna. Zamiast grzebać w ziemi, wolałam czytać książki pod jabłonią albo wymykać się do biblioteki w miasteczku.
— Ty zawsze tylko myślisz o sobie — syknął Paweł. — Mama nie da sobie rady sama. A ja? Mam tu zostać na zawsze?
Zacisnęłam powieki. Ile razy słyszałam już te słowa? Ile razy próbowałam tłumaczyć, że nie jestem stworzona do tego życia? Że duszę się wśród tych pól i zwierząt, że marzę o czymś więcej niż rutyna: śniadanie, obrządek, pole, kolacja, sen.
Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz powiedziałam mamie, że chcę wyjechać do Warszawy na studia. Siedziała wtedy przy kuchennym stole, dłonie miała poplamione ziemią.
— A kto mi pomoże przy żniwach? — zapytała tylko.
— Paweł…
— Paweł nie da rady sam! — przerwała mi ostro. — Ty jesteś najmłodsza, powinnaś być przy mnie.
Wtedy po raz pierwszy poczułam się winna za własne marzenia.
Ale nie mogłam ich zabić. Każda noc spędzona na poddaszu była walką z własnym sumieniem. Słyszałam przez cienką ścianę szloch mamy i ciche przekleństwa Pawła. Ale wiedziałam też, że jeśli zostanę, znienawidzę ich wszystkich — a najbardziej siebie.
W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Mama nie przyszła mnie pożegnać. Paweł rzucił tylko:
— Nie wracaj potem z płaczem.
W Warszawie wszystko było inne: głośno, tłoczno, obco. Przez pierwsze tygodnie płakałam co noc do poduszki. Ale potem zaczęłam oddychać pełną piersią. Poznałam ludzi takich jak ja — spragnionych czegoś więcej niż to, co los im wyznaczył.
Czasem dzwoniłam do domu. Mama odbierała rzadko. Zawsze mówiła krótko:
— Wszystko dobrze. Paweł pomaga.
Ale słyszałam w jej głosie żal i zmęczenie.
Po roku wróciłam na święta. Dom był taki sam, ale ja już nie pasowałam do tego świata. Paweł patrzył na mnie z pogardą:
— Widzisz? Nic się tu nie zmieniło bez ciebie.
Mama była cicha i jakby mniejsza. Zauważyłam siwe włosy i drżące ręce.
— Mamo… może powinnaś sprzedać gospodarstwo? — zaproponowałam nieśmiało.
Spojrzała na mnie tak, jakby zobaczyła obcą osobę.
— To jest nasz dom — powiedziała tylko.
Wróciłam do Warszawy z poczuciem winy cięższym niż torba podróżna. Przez kolejne miesiące próbowałam pogodzić dwa światy: nowy i stary. Ale im dłużej byłam w mieście, tym bardziej oddalałam się od rodziny.
Paweł przestał odbierać moje telefony. Mama chorowała coraz częściej. W końcu zadzwoniła sąsiadka:
— Twoja mama jest w szpitalu.
Wróciłam natychmiast. Paweł czekał na mnie przed izbą przyjęć.
— Teraz cię potrzebujemy — powiedział bez cienia ciepła.
Patrzyłam na niego i widziałam w jego oczach wszystko: zmęczenie, żal, gniew i rozczarowanie.
Mama wyszła ze szpitala po tygodniu. Przez ten czas próbowałam pomóc w gospodarstwie, ale byłam już nieporadna przy krowach i kurach. Paweł patrzył na mnie z góry:
— Miasto cię rozleniwiło.
Wiedziałam jednak jedno: nie mogę tu zostać na zawsze. Po powrocie mamy do zdrowia wróciłam do Warszawy.
Od tamtej pory nasze kontakty są chłodne i rzadkie. Czasem mam wyrzuty sumienia — czy naprawdę jestem egoistką? Czy miałam prawo wybrać własne życie kosztem rodziny?
Ale wiem też jedno: gdybym została, nigdy nie byłabym szczęśliwa. Może czasem trzeba złamać serce bliskim, żeby uratować własne?
Czy naprawdę musimy wybierać między sobą a rodziną? Czy można być dobrym dzieckiem i jednocześnie żyć po swojemu?