Zostałam z niczym po rozwodzie, ale jeden telefon sprawił, że mój były mąż musiał przelać mi miliony. Moja historia o upadku i sile kobiety

– Podpisz tu, Aniu. – Głos mecenasa rozbrzmiewał w pustej sali sądowej, a ja czułam, jak długopis drży mi w dłoni. Spojrzałam na Bartka – mojego męża od piętnastu lat, ojca naszego syna, człowieka, którego kochałam bardziej niż siebie. Jego twarz była kamienna, zimna, obca. W oczach nie było już ani cienia czułości. Tylko wyrachowanie.

Podpisałam. W jednej chwili straciłam wszystko: dom na Wilanowie, opiekę nad synem, oszczędności życia. Bartek miał dobrego adwokata i jeszcze lepsze znajomości. Ja zostałam z walizką ubrań i pustką w sercu.

– To dla twojego dobra – rzucił przez ramię, wychodząc z sali. – Kiedyś mi podziękujesz.

Nie podziękowałam. Przez pierwsze tygodnie nie wychodziłam z łóżka. Mieszkałam kątem u siostry w bloku na Ursynowie. Każdego ranka budziłam się z nadzieją, że to tylko zły sen. Ale rzeczywistość była nieubłagana: Bartek zabrał mi wszystko, nawet syna. Sąd uznał, że nie mam warunków do opieki nad dzieckiem.

Moja siostra, Magda, próbowała mnie pocieszać:
– Anka, musisz się podnieść. Dla siebie. Dla Kuby.

Ale jak? Byłam nikim. Przez lata byłam żoną Bartka – jego wizytówką na bankietach, matką jego dziecka, gospodynią w naszym pięknym domu. Nie miałam pracy ani własnych pieniędzy.

Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Magdy z jej mężem:
– Szkoda mi Ani, ale ona zawsze była naiwna. Bartek ją wykorzystał i tyle.

To zabolało bardziej niż rozwód. Postanowiłam wtedy, że już nigdy nie pozwolę nikomu decydować o moim życiu.

Zaczęłam szukać pracy. Najpierw sprzątałam biura nocami – wstydziłam się tego, ale potrzebowałam pieniędzy na adwokata. Potem znalazłam ogłoszenie: asystentka w kancelarii prawnej na Mokotowie. Poszłam na rozmowę z drżącym sercem.

– Ma pani doświadczenie? – zapytał mecenas Nowak.
– Nie… Ale szybko się uczę.

Zatrudnił mnie na próbę. Pracowałam po dwanaście godzin dziennie, uczyłam się przepisów, podsłuchiwałam rozmowy prawników. Zaczęłam rozumieć mechanizmy, które pozwoliły Bartkowi mnie ograć.

Któregoś dnia do kancelarii przyszła kobieta – zapłakana, z dwójką dzieci u boku. Jej historia była łudząco podobna do mojej. Wtedy coś we mnie pękło. Postanowiłam walczyć nie tylko o siebie, ale i o inne kobiety.

Wieczorami wertowałam dokumenty rozwodowe. Zauważyłam coś dziwnego: Bartek przed rozwodem przelał duże sumy na konto swojej firmy-córki za granicą. W papierach widniały podpisy osób, których nie znałam.

Zadzwoniłam do starego znajomego Bartka – Piotra, który kiedyś prowadził mu księgowość.
– Piotrek… Potrzebuję twojej pomocy. Chodzi o Bartka i te przelewy sprzed rozwodu…

Piotr milczał przez chwilę.
– Anka… To grubsza sprawa. Bartek prał pieniądze przez spółki słupy. Jeśli to wyjdzie…
– Musi wyjść – przerwałam mu.

Przez kolejne tygodnie zbierałam dowody: wydruki przelewów, maile, kopie umów. Z każdą kolejną nocą rosła we mnie siła i determinacja.

W końcu zadzwoniłam do Bartka.
– Czego chcesz? – warknął do słuchawki.
– Spotkajmy się jutro o 18:00 w kawiarni na Placu Zbawiciela. Albo ja idę z tym do prokuratury.

Przyszedł punktualnie. Był blady jak ściana.
– Czego żądasz?
– Chcę odzyskać syna i połowę majątku. Inaczej twoje lewe interesy ujrzą światło dzienne.

Patrzył na mnie długo, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu.
– Ty… Ty to wszystko zebrałaś sama?
– Sama. I nie zawaham się tego użyć.

Następnego dnia na moim koncie pojawiły się miliony złotych – równowartość połowy majątku sprzed rozwodu. Bartek zgodził się też na zmianę opieki nad Kubą.

Kiedy wróciłam do domu Magdy z walizką pieniędzy i wyrokiem sądu w ręku, po raz pierwszy od miesięcy poczułam się wolna.

Dziś mam własne mieszkanie na Żoliborzu i prowadzę fundację pomagającą kobietom po rozwodach. Kuba mieszka ze mną i powoli odbudowujemy naszą relację.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: Jak to możliwe, że z tej samej rozpaczy narodziła się taka siła? Czy każda z nas ma w sobie moc, o której nie wie – dopóki nie zostanie zmuszona do walki?