Teściowa żąda pieniędzy na remont po odejściu teścia – a kiedyś powiedziała: „Nie liczcie na naszą pomoc!”

– Nie liczcie na naszą pomoc! Sami sobie radźcie! – te słowa mojej teściowej, pani Barbary, dźwięczą mi w uszach do dziś. Było to pięć lat temu, w ciasnej kuchni jej domu w podwarszawskim Piasecznie. Siedzieliśmy z mężem, Michałem, przy stole, trzymając się za ręce. Właśnie ogłosiliśmy, że chcemy się pobrać i szukamy mieszkania. Mieliśmy nadzieję, że może chociaż pozwolą nam zamieszkać w ich drugim domu, który wynajmowali obcym ludziom. Ale teściowa była nieugięta.

– Mamy swoje plany. To jest nasza własność. Wy musicie nauczyć się samodzielności – dodała z chłodnym uśmiechem.

Wyszliśmy wtedy z Michałem na dwór, a ja płakałam z bezsilności. Moi rodzice nie żyli już od lat, nie miałam nikogo poza nim. Michał próbował mnie pocieszać:

– Poradzimy sobie. Zobaczysz, jeszcze będziemy szczęśliwi.

Zaczęliśmy wynajmować kawalerkę na Ursynowie. Michał pracował w IT, ja byłam nauczycielką w podstawówce. Każda złotówka była na wagę złota. Przez pierwsze dwa lata żyliśmy bardzo skromnie – zero wakacji, zero wyjść do restauracji, wszystko szło na czynsz i rachunki. Czasem miałam żal do Barbary i Jana – przecież mieli dwa domy! Ale powtarzałam sobie, że nie chcę być zależna od nikogo.

Wszystko zmieniło się nagle zeszłego lata. Michał wrócił z pracy blady jak ściana.

– Tata… Tata odszedł do innej kobiety – powiedział cicho.

Nie mogłam uwierzyć. Jan zawsze wydawał się spokojny, wręcz nudny. Ale podobno poznał kogoś młodszego na kursie tańca i postanowił zacząć nowe życie. Barbara została sama w dużym domu, a drugi dom – ten wynajmowany – nagle stał się dla niej ciężarem.

Początkowo próbowała udawać twardą. Ale już po kilku tygodniach zaczęła dzwonić do Michała coraz częściej.

– Synku, dach przecieka…
– Synku, piec się psuje…
– Synku, nie mam pieniędzy na remonty…

Pewnego wieczoru przyszła do nas bez zapowiedzi. Usiadła na naszym starym kanapie i zaczęła płakać.

– Jan mnie zostawił z tym wszystkim! A przecież to wasz dom rodzinny…

Patrzyłam na nią z mieszanką współczucia i gniewu. Przypomniałam sobie jej słowa sprzed lat: „Nie liczcie na naszą pomoc!”

Michał był rozdarty.

– Mamo, my sami ledwo wiążemy koniec z końcem…

Barbara nie dawała za wygraną.

– Ale przecież to inwestycja w waszą przyszłość! Kiedyś ten dom będzie wasz! Musicie mi pomóc!

Zaczęły się rodzinne narady i kłótnie. Michał coraz częściej wracał z pracy przygnębiony. Ja czułam narastającą frustrację – przez lata byliśmy dla Barbary niewidzialni, a teraz nagle staliśmy się jej ostatnią deską ratunku.

Pewnego dnia usiedliśmy razem przy stole.

– Co robimy? – zapytał Michał bezradnie.
– Nie wiem… – odpowiedziałam szczerze. – Z jednej strony to twoja mama… Z drugiej – pamiętasz, jak nas potraktowała?

Michał milczał długo.

– Może powinniśmy jej pomóc…
– Ale za jaką cenę? – przerwałam mu ostro. – Mamy oddać nasze oszczędności na dom, którego nawet nie możemy nazwać swoim?

W końcu postanowiliśmy postawić warunek: pomożemy finansowo tylko wtedy, jeśli Barbara zapisze dom na Michała w testamencie. Kiedy usłyszała o tym pomyśle, wybuchła płaczem i oskarżyła nas o chciwość.

– Myślicie tylko o sobie! – krzyczała przez telefon. – Gdybyście byli prawdziwą rodziną, nie stawialibyście takich warunków!

Przez kilka tygodni nie odzywała się do nas wcale. Michał chodził jak struty. Ja próbowałam go wspierać, ale sama czułam się coraz bardziej winna.

W końcu Barbara zadzwoniła:

– Przemyślałam to… Zgadzam się na wasze warunki. Ale musicie mi pomóc już teraz.

Zaczęliśmy przelewać jej pieniądze na remonty. Każda złotówka bolała mnie jak drzazga pod paznokciem. Wiedziałam jednak, że to inwestycja w przyszłość naszego dziecka – bo wtedy byłam już w ciąży.

Remonty ciągnęły się miesiącami. Barbara coraz częściej dzwoniła z nowymi problemami: a to rynny przeciekają, a to trzeba wymienić okna… Nasze oszczędności topniały w oczach.

W końcu przyszedł dzień podpisania testamentu u notariusza. Barbara była chłodna i oficjalna. Po wszystkim powiedziała tylko:

– Teraz już wiecie, jak to jest być odpowiedzialnym za dom.

Wyszliśmy z kancelarii w milczeniu. Michał był blady i spięty.

– Czy dobrze zrobiliśmy? – zapytał cicho.
– Nie wiem… Może kiedyś nasze dziecko nam podziękuje…

Czasem budzę się w nocy i myślę o tym wszystkim. Czy naprawdę rodzina powinna być targiem wymiany przysług? Czy można wybaczyć komuś lata obojętności tylko dlatego, że nagle potrzebuje pomocy?

Może nigdy nie znajdę odpowiedzi na te pytania. Ale jedno wiem na pewno: życie potrafi być przewrotne i czasem to właśnie ci, którzy odwracali się od nas w potrzebie, sami proszą o ratunek. Czy powinniśmy im wtedy pomagać? A może powinniśmy nauczyć się stawiać granice?