Teściowa przyniosła nam wiadro przerośniętych ogórków. Wszystkie były wielkie i dojrzałe. Zośce dała coś innego.

— O, już jesteście! — usłyszałam głos teściowej, zanim jeszcze zdążyłam zamknąć furtkę. Stała na schodach, z szerokim uśmiechem i… wiadrem. Ale nie byle jakim wiadrem — to było stare, plastikowe wiadro po farbie, a w nim coś, co wyglądało jak ogórkowe mutanty. Każdy ogórek był większy od mojej dłoni, twardy, z żółtawą skórką i nasionami, które aż prosiły się o wyjęcie.

— Przyniosłam wam ogórki z ogródka! — zawołała z dumą, jakby wręczała mi złoty medal. — Tyle tego urosło, że nie nadążam zbierać.

Przez chwilę patrzyłam na te ogórki, próbując ukryć rozczarowanie. Wiedziałam, że takie przerośnięte nie nadają się na kiszenie, a do sałatki też raczej nie zachęcają. Ale zanim zdążyłam coś powiedzieć, zza rogu wyszła Zośka — szwagierka, zawsze uśmiechnięta, zawsze w centrum uwagi.

— O, Zośka! — teściowa rozpromieniła się jeszcze bardziej. — Dla ciebie mam świeżutkie, młode ogóreczki, prosto z grządki! — i wręczyła jej mały koszyczek z idealnie zielonymi, chrupiącymi ogórkami.

Poczułam, jak coś mnie ściska w środku. Przecież to nie pierwszy raz, kiedy Zośka dostaje „lepsze” rzeczy. Zawsze była tą ulubioną, tą, która wszystko robi dobrze. Ja — tylko synowa, zawsze na drugim planie.

— Dziękuję, mamo! — Zośka rzuciła się teściowej na szyję, a ja stałam z boku, ściskając wiadro z przerośniętymi ogórkami, jakbym trzymała w rękach własne porażki.

Wróciłam do domu, rzuciłam wiadro na blat i usiadłam przy stole. Mąż, Tomek, spojrzał na mnie pytająco.

— Co się stało?

— Nic. Teściowa przyniosła nam ogórki.

— Super, lubię ogórki.

— Ale nie takie. Zobacz na nie! — wskazałam na wiadro. — To są ogórki dla świni, nie dla ludzi. Zośka dostała młode, świeże, a my…

Tomek wzruszył ramionami. — Może po prostu miała więcej tych dużych?

— Zawsze masz jakieś wytłumaczenie dla swojej mamy — rzuciłam z goryczą. — Nigdy nie widzisz, jak mnie traktuje.

Tomek westchnął i wyszedł do ogrodu. Zostałam sama z moimi myślami i ogórkami. Przez chwilę miałam ochotę wyrzucić je wszystkie na kompost, ale potem pomyślałam, że nie dam jej tej satysfakcji.

Zadzwoniłam do mamy.

— Mamo, co można zrobić z przerośniętych ogórków?

— O, kochanie, z takich to tylko mizeria albo ogórkowa. Możesz też zrobić sałatkę na zimę, ale trzeba wydrążyć nasiona.

— Dzięki, spróbuję.

Zabrałam się do pracy. Kroiłam, wydrążałam, siekałam. W kuchni pachniało koperkiem i octem. Przez chwilę poczułam się lepiej — jakbym odzyskiwała kontrolę nad sytuacją. Ale potem przyszła Zośka.

— Cześć, mogę wejść? — zapytała, zaglądając do kuchni.

— Jasne.

— Mama mówiła, że dostałaś dużo ogórków. Co z nimi zrobisz?

— Sałatkę na zimę.

— Super! Ja zrobię kiszone. Mama zawsze mówi, że najlepsze są z młodych ogórków.

Zacisnęłam zęby.

— No tak, ty zawsze dostajesz najlepsze.

Zośka spojrzała na mnie zdziwiona. — Co masz na myśli?

— Nic. Po prostu… czasem mam wrażenie, że twoja mama bardziej cię lubi.

Zośka usiadła naprzeciwko mnie. — Wiesz, że to nieprawda. Po prostu mama wie, że lubię kiszone, a ty zawsze robisz sałatki.

— Ale to nie tylko o ogórki chodzi. Zawsze jesteś tą lepszą.

Zośka milczała przez chwilę. — Może powinnaś jej powiedzieć, jak się czujesz?

Pokręciłam głową. — To nic nie da. Ona i tak zawsze będzie widzieć we mnie tylko żonę swojego syna, nie córkę.

Wieczorem Tomek wrócił do domu. Usiadł obok mnie, gdy kroiłam ostatnie ogórki.

— Przepraszam, że wcześniej tak zareagowałem. Wiem, że czasem mama bywa niesprawiedliwa.

— Nie chodzi tylko o nią. Chodzi o to, że zawsze czuję się gorsza. Nawet ogórki to pokazują.

Tomek objął mnie ramieniem. — Dla mnie jesteś najważniejsza. A ogórki… może zrobimy z nich coś wyjątkowego?

Uśmiechnęłam się przez łzy. — Może.

Następnego dnia zaprosiłam sąsiadkę, panią Halinę.

— O, jakie piękne ogórki! — zachwyciła się. — Z takich to można zrobić pyszną zupę ogórkową.

Razem gotowałyśmy, śmiałyśmy się i rozmawiałyśmy o życiu. Poczułam, że nie wszystko jest stracone, że nawet z czegoś, co wydaje się bezwartościowe, można zrobić coś dobrego.

Wieczorem, gdy cała rodzina jadła zupę ogórkową, spojrzałam na Tomka i dzieci.

— Widzisz, nawet z przerośniętych ogórków można zrobić coś pysznego — powiedziałam z uśmiechem.

Ale w środku wciąż czułam ukłucie żalu. Czy naprawdę muszę zawsze walczyć o swoje miejsce w tej rodzinie? Czy kiedyś teściowa zobaczy we mnie coś więcej niż tylko żonę swojego syna? Może to nie ogórki są problemem, tylko to, jak bardzo chcę być zaakceptowana. Czy warto tak bardzo się starać? A może powinnam po prostu być sobą i przestać porównywać się do Zośki? Co wy o tym myślicie?