Świąteczny cud w szpitalu: Historia Mateusza, który pokonał raka i COVID-19

— Mamo, czy ja umrę? — zapytałem cicho, patrząc w jej zapuchnięte od płaczu oczy. W pokoju szpitalnym pachniało środkami dezynfekującymi i czymś jeszcze — strachem, który wisiał w powietrzu jak mgła. Byłem wtedy trzynastoletnim chłopakiem z Nowej Huty, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej biegał po boisku z kolegami, a teraz leżałem pod kroplówką, łysy po chemii, z maską na twarzy. Rak. Słowo, które rozbiło naszą rodzinę na tysiąc kawałków.

Mama próbowała się uśmiechnąć, ale jej usta drżały. — Mateuszku, lekarze robią wszystko, żebyś wyzdrowiał. Jesteś dzielny, dasz radę — powiedziała, głaszcząc mnie po ręce. Ale ja widziałem w jej oczach panikę. Tata stał pod oknem, udając, że patrzy na śnieg za szybą. W rzeczywistości nie chciał pokazać łez.

Diagnoza przyszła nagle. Najpierw były bóle nóg, potem gorączka, aż w końcu trafiłem do szpitala. Białaczka limfoblastyczna. Słowa lekarza brzmiały jak wyrok. Pamiętam, jak mama wtedy zemdlała, a tata musiał ją podtrzymać. Ja tylko patrzyłem na sufit i próbowałem nie płakać.

Chemia była piekłem. Wymioty, ból kości, wypadające włosy. Najgorsza była samotność — koledzy bali się mnie odwiedzać, nie wiedzieli, co powiedzieć. Czułem się jak potwór zamknięty w akwarium. Jedynym światłem była pielęgniarka pani Basia, która zawsze przynosiła mi kakao i opowiadała dowcipy.

Kiedy wydawało się, że gorzej być nie może, przyszła pandemia. COVID-19 rozlał się po szpitalu jak trucizna. Pewnego dnia pielęgniarka przyszła do mnie w pełnym kombinezonie ochronnym. — Mateuszku, musimy zrobić test — powiedziała łagodnie. Wynik był pozytywny.

Zamknęli mnie w izolatce. Mama mogła tylko machać mi przez szybę. Tata nie mógł przyjechać — sam miał objawy. Przez kilka dni miałem wysoką gorączkę i kaszel tak silny, że myślałem, że rozerwę płuca. Bałem się zasypiać, bo nie wiedziałem, czy się obudzę.

Pewnej nocy usłyszałem rozmowę lekarzy za drzwiami:
— Ten chłopak jest silny, ale nie wiem, czy jego organizm to wytrzyma…
— Musimy zrobić wszystko. On ma dopiero trzynaście lat.

Leżałem wtedy w ciemności i myślałem o wszystkim, czego jeszcze nie zdążyłem zrobić: nie nauczyłem się grać na gitarze, nie powiedziałem Magdzie z klasy 7b, że mi się podoba…

W końcu gorączka zaczęła spadać. Przyszedł grudzień. Wszyscy mówili o świętach Bożego Narodzenia — dla mnie to miały być najgorsze święta w życiu. Ale wtedy wydarzył się cud.

Pani Basia przyszła do mnie z małą choinką zrobioną z papieru i lampkami na baterie.
— Mateuszku, wiem, że nie możesz być z rodziną przy stole, ale my tu też jesteśmy twoją rodziną — powiedziała i postawiła choinkę na moim stoliku.

Tego dnia cały personel szpitala przebrał się za elfy i Mikołaje. Przynieśli mi prezenty: książkę o podróżach i ciepłe skarpety z reniferami. Przez szybę machali mi rodzice — mama miała czapkę Mikołaja i śpiewała kolędę przez telefon.

Nagle poczułem coś dziwnego — radość. Po raz pierwszy od miesięcy chciało mi się śmiać. Zrozumiałem wtedy, że nawet w najciemniejszym tunelu można znaleźć światło.

Po świętach mój stan zaczął się poprawiać szybciej niż ktokolwiek się spodziewał. Lekarze mówili o cudzie medycznym. Po kilku tygodniach mogłem wrócić do domu.

Dziś mam szesnaście lat i jestem zdrowy. Czasem wracam myślami do tamtych świąt w szpitalu i pytam siebie: dlaczego to właśnie ja przeżyłem? Czy to przypadek, czy może miałem coś zrozumieć? Może chodzi o to, żeby nigdy nie tracić nadziei — nawet wtedy, gdy wydaje się to niemożliwe?

A wy? Czy kiedykolwiek znaleźliście światło tam, gdzie wydawało się go nie być?