Podpis pod lakierem: Tajemnica starego kredensu po babci
— Pani wie, że tu jest rysa? — głos mężczyzny odbił się echem w pustej kuchni. Stał przy kredensie, który jeszcze rano był dla mnie tylko ciężarem. — Pod lakierem coś jest… jakiś napis.
Zamarłam. Przez chwilę miałam ochotę powiedzieć, że to bez znaczenia, że to tylko mebel, ale coś w jego tonie sprawiło, że podeszłam bliżej. Przez pęknięcie w lakierze rzeczywiście przebijały się litery. Mężczyzna odsunął się, a ja pochyliłam się nad blatem. „Jadwiga 1952” — przeczytałam szeptem. Jadwiga? W naszej rodzinie nie było żadnej Jadwigi.
— To pani babcia? — zapytał kupujący.
— Nie… moja babcia miała na imię Helena — odpowiedziałam niepewnie.
Mężczyzna wzruszył ramionami. — Może ktoś inny z rodziny? — rzucił i odwrócił się do wyjścia. — Proszę się zastanowić, czy na pewno chce pani sprzedać ten kredens. Czasem takie rzeczy mają większą wartość, niż się wydaje.
Zostałam sama w kuchni. Kredens wydawał się nagle większy, cięższy. Przesunęłam dłonią po blacie, czując pod palcami nierówność podpisu. „Jadwiga 1952”. Kim była Jadwiga?
Wieczorem zadzwoniłam do mamy.
— Mamo, czy znasz kogoś o imieniu Jadwiga? — zapytałam bez zbędnych wstępów.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Skąd ci to przyszło do głowy? — jej głos był napięty.
— Znalazłam podpis pod lakierem na kredensie po babci. „Jadwiga 1952”. Kto to?
Mama długo milczała. W końcu westchnęła ciężko.
— To nie jest rozmowa na telefon — powiedziała cicho. — Przyjedź jutro.
Nie spałam tej nocy. Wspomnienia wracały falami: babcia Helena stojąca przy kredensie, mieszająca dżem w wielkim garnku; zapach goździków i cynamonu; jej dłonie, zawsze ciepłe i pewne. Nigdy nie mówiła o żadnej Jadwidze.
Następnego dnia pojechałam do mamy. Siedziała przy stole w kuchni, z kubkiem herbaty w dłoniach.
— Siadaj — powiedziała bez uśmiechu.
Usiadłam naprzeciwko niej. Czułam napięcie w powietrzu.
— Jadwiga była siostrą twojej babci — zaczęła powoli mama. — Ale… to skomplikowane. W rodzinie nigdy się o niej nie mówiło.
— Dlaczego? — zapytałam ostrożnie.
Mama spojrzała na mnie z bólem w oczach.
— Bo Jadwiga zniknęła w 1953 roku. Miała wtedy dwadzieścia lat. Nikt nie wie, co się z nią stało. Babcia nigdy o niej nie wspominała, a dziadek… dziadek był wtedy już bardzo chory.
Poczułam dreszcz na plecach.
— Myślisz, że ten kredens należał do niej?
Mama skinęła głową.
— Może. Albo może to ona go zrobiła? Babcia zawsze mówiła, że kredens pojawił się w domu nagle, tuż po wojnie. Nikt nie pytał skąd.
Wróciłam do domu z głową pełną pytań. Przez kolejne dni nie mogłam przestać myśleć o Jadwidze. Przeszukiwałam stare zdjęcia, listy, dokumenty. W jednej z szuflad znalazłam kartkę pocztową z 1951 roku: „Kochana Helenko, mam nadzieję, że kredens dobrze służy. Twój brat jest już w domu. Całuję – J.”
Czy to była ona? Dlaczego zniknęła? Co się wydarzyło?
Postanowiłam porozmawiać z ciocią Zosią, młodszą siostrą mojej babci. Zawsze była bardziej otwarta niż reszta rodziny.
— Jadwiga… — ciocia zamyśliła się głęboko. — Była inna niż reszta rodzeństwa. Zawsze miała swoje zdanie, nie bała się mówić głośno tego, co myśli. W tamtych czasach to nie było mile widziane…
— Co się z nią stało?
Ciocia wzruszyła ramionami.
— Ostatni raz widziałam ją w maju 1953 roku. Przyszła do nas wieczorem, płakała. Powiedziała tylko: „Nie mogę tu zostać” i wyszła. Nigdy więcej jej nie widzieliśmy.
— Myślisz, że uciekła?
Ciocia spojrzała na mnie smutno.
— Może… Może ktoś jej pomógł? Może coś jej groziło? Wtedy o takich rzeczach się nie mówiło…
Przez kolejne tygodnie próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej. Przeglądałam archiwa miejskie, rozmawiałam ze starszymi sąsiadami. Każdy miał swoją wersję: że Jadwiga zakochała się w żonatym mężczyźnie; że była zamieszana w politykę; że uciekła za granicę; że została zakonnicą; że popełniła samobójstwo…
W międzyczasie w domu narastały napięcia. Mój brat Michał zarzucał mi, że „grzebię w przeszłości” i „rozgrzebuję stare rany”.
— Po co ci to wszystko? — krzyczał podczas jednej z kłótni. — Kredens to tylko mebel! Sprzedaj go i zapomnij!
Ale ja nie mogłam zapomnieć. Każda nowa informacja była jak kawałek układanki.
Pewnego dnia zadzwonił do mnie starszy pan z sąsiedztwa.
— Słyszałem, że szuka pani informacji o Jadwidze — powiedział cicho. — Znałem ją…
Spotkaliśmy się w jego mieszkaniu pachnącym starymi książkami i lawendą.
— Byłem zakochany w Jadwidze — wyznał nagle pan Stanisław. — Ale ona… ona była inna niż wszystkie dziewczyny wtedy. Chciała wyjechać do Warszawy, studiować… Jej rodzina była przeciwna. Pewnego dnia powiedziała mi, że musi uciekać przed kimś… Nie chciała powiedzieć przed kim.
— Myśli pan, że żyje?
Pan Stanisław pokręcił głową.
— Nie wiem… Ale wiem jedno: była odważna i uparta. Jeśli ktoś mógł zacząć nowe życie gdzieś indziej, to właśnie ona.
Po tej rozmowie długo siedziałam przy kredensie, dotykając podpisu pod lakierem. Zrozumiałam, że ten mebel to nie tylko drewno i lakier – to świadek rodzinnych tajemnic i dramatów.
W końcu postanowiłam: nie sprzedam kredensu. Zamiast tego odnowiłam go własnoręcznie, zostawiając podpis Jadwigi widoczny pod cienką warstwą nowego lakieru.
Rodzina była podzielona: mama płakała ze wzruszenia; Michał obraził się na kilka tygodni; ciocia Zosia przyniosła stare zdjęcie Jadwigi i postawiłyśmy je na półce kredensu.
Dziś patrzę na ten mebel inaczej – jak na pomost między przeszłością a teraźniejszością; jak na symbol odwagi i niezależności kobiet w mojej rodzinie.
Czasem zastanawiam się: ile jeszcze tajemnic kryją nasze domy? Czy warto je odkrywać – nawet jeśli bolą?