Ostatnia Szansa Ojca: Historia Utraconych Lat i Przebaczenia
– Piotrze, nie możesz tak po prostu zniknąć z jej życia! – krzyczała Magda przez telefon, a jej głos drżał od gniewu i rozpaczy. Stałem wtedy na klatce schodowej mojego bloku w Warszawie, z papierosem w dłoni, patrząc na deszcz rozmywający światła ulicy. – Ona cię potrzebuje! Zosia pyta o ciebie codziennie!
Nie miałem wtedy odwagi odpowiedzieć. W mojej głowie kłębiły się wymówki: praca, zmęczenie, nowe życie z Anką. Ale prawda była prosta – bałem się. Bałem się odpowiedzialności, bałem się własnej córki, która patrzyła na mnie wielkimi oczami, jakby widziała we mnie bohatera, którym nigdy nie byłem.
Minęły trzy lata. Trzy lata ciszy, sporadycznych przelewów alimentacyjnych i krótkich SMS-ów na święta. Magda radziła sobie sama. Zosia rosła beze mnie. Aż do tego dnia, kiedy zadzwonił telefon.
– Piotrze… – głos Magdy był inny niż zwykle. Słaby, jakby wypłukany z życia. – Miałam wypadek. Nie wiem, co będzie dalej…
Nie zdążyłem już nic powiedzieć. Następnego dnia zadzwoniła jej siostra, Basia. Magda nie żyła. Zginęła w wypadku samochodowym pod Piasecznem. Zosia była u babci.
Pamiętam ten dzień jak przez mgłę. Siedziałem na podłodze w pustym mieszkaniu i patrzyłem na zdjęcie Zosi na lodówce – uśmiechnięta dziewczynka w różowej sukience z balonikiem w ręku. Moja córka. Moja krew.
Basia zadzwoniła jeszcze raz.
– Piotrze, musisz przyjechać po Zosię. Ona nie ma nikogo poza tobą.
Nie spałem całą noc. W głowie miałem tylko jedno pytanie: jak mam być ojcem dla dziecka, które mnie nie zna?
Kiedy zobaczyłem Zosię pierwszy raz po latach, siedziała skulona na kanapie u babci. Miała wielkie oczy Magdy i te same kręcone włosy. Spojrzała na mnie nieufnie.
– Cześć, Zosiu – powiedziałem cicho.
Nie odpowiedziała. Przytuliła misia mocniej do siebie.
Pierwsze dni były koszmarem. Zosia płakała nocami, wołała mamę. Ja chodziłem po mieszkaniu jak cień, nie wiedząc, co robić. Próbowałem gotować jej ulubione naleśniki – spaliłem je na węgiel. Próbowałem czytać bajki – zasypiała z płaczem.
Moja matka przyjechała któregoś dnia i spojrzała na mnie z wyrzutem:
– Piotrze, ty nawet nie wiesz, jak ona lubi mieć zaplatane włosy przed snem…
Zacisnąłem pięści ze złości na siebie samego.
Wieczorami siadałem przy łóżku Zosi i opowiadałem jej o Magdzie – o tym, jak poznałem jej mamę na studiach w Krakowie, jak razem chodziliśmy nad Wisłę i marzyliśmy o domu z ogrodem. Zosia słuchała w milczeniu.
Pewnej nocy obudził mnie jej płacz. Wszedłem do pokoju i zobaczyłem ją skuloną pod kołdrą.
– Tato… ja chcę do mamy…
Usiadłem obok niej i po raz pierwszy od lat pozwoliłem sobie na łzy.
– Ja też bym chciał, kochanie… Ale mamy już nie ma…
Przytuliła się do mnie ostrożnie, jakby sprawdzała, czy jestem prawdziwy.
Z czasem zaczęliśmy się docierać. Zosia zaczęła mówić do mnie „tato”, choć czasem jeszcze myliła się i mówiła „wujku”. Chodziliśmy razem do parku, budowaliśmy zamki z klocków. Ale zawsze czułem ten mur między nami – mur mojej nieobecności.
Któregoś dnia odezwała się Anka – moja obecna partnerka.
– Piotrze, nie dam rady tak żyć. Nie jestem gotowa być macochą.
Wiedziałem, że ją stracę. Ale nie mogłem już zostawić Zosi.
W pracy szef patrzył na mnie krzywo.
– Piotrze, musisz się ogarnąć! Spóźniasz się, wychodzisz wcześniej…
Nie miałem siły tłumaczyć mu, że próbuję nauczyć się być ojcem od zera.
Najgorsze były wieczory. Kiedy Zosia zasypiała, siadałem przy oknie i patrzyłem na puste podwórko. Myślałem o wszystkich straconych chwilach – pierwszych krokach Zosi, pierwszych słowach, których nie słyszałem. O tym, że nigdy nie zobaczę już Magdy uśmiechniętej przy kuchennym stole.
Pewnego dnia Zosia przyniosła mi rysunek – ona i ja trzymamy się za ręce pod wielkim słońcem.
– To my? – zapytałem.
Pokiwała głową.
– Tato… a ty już zawsze będziesz?
Zatkało mnie. Przez chwilę nie mogłem wydobyć z siebie głosu.
– Tak, kochanie… Już zawsze będę.
Ale wiedziałem, że to nieprawda. Nie mogę cofnąć czasu. Nie mogę naprawić tych wszystkich lat samotności i tęsknoty.
Zosia zaczęła chodzić do przedszkola. Inne dzieci opowiadały o swoich mamach. Wróciła któregoś dnia smutna i zapytała:
– Tato… dlaczego inne dzieci mają mamę?
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Usiadłem obok niej na dywanie i objąłem ją ramieniem.
– Każda rodzina jest inna… Ale ja cię bardzo kocham.
Zosia spojrzała na mnie poważnie:
– A mama też mnie kocha?
Łzy napłynęły mi do oczu.
– Bardzo…
Wieczorami rozmawialiśmy o Magdzie – o jej ulubionych kwiatach, o tym jak śmiała się z moich żartów. Zosia zaczęła rysować coraz więcej obrazków z mamą i mną razem.
Czasami łapałem się na tym, że wyobrażam sobie inne życie – życie, w którym byłem obecny od początku; w którym Magda żyje; w którym Zosia zna mnie lepiej niż własną kieszeń.
Ale rzeczywistość była inna. Musiałem nauczyć się być ojcem tu i teraz – mimo bólu, mimo żalu do siebie samego.
Któregoś dnia zadzwoniła Basia:
– Piotrze… Zosia mówiła mi ostatnio, że jesteś najlepszym tatą na świecie.
Uśmiechnąłem się przez łzy.
Ale czy naprawdę zasłużyłem na to miano? Czy można odkupić stracone lata jednym rysunkiem i kilkoma wspólnymi spacerami?
Czasami patrzę na Zosię i zastanawiam się: czy ona kiedyś mi wybaczy? Czy ja sam sobie wybaczę? Czy można naprawdę zacząć od nowa? Co wy byście zrobili na moim miejscu?