Noc, w której straciłam i odzyskałam Zosię: Strach, nadzieja i rodzinne blizny, o których nie mówi się głośno

— Ona nie oddycha! — krzyknęłam, a mój głos rozdarł ciszę nocy jak nóż. W pokoju panował półmrok, tylko lampka przy łóżku rzucała ciepłe światło na twarz mojej maleńkiej Zosi. Jej ciałko było bezwładne, a ja czułam, jak serce zamienia mi się w lód. — Michał! — wrzasnęłam do męża, który wybiegł z łazienki z ręcznikiem jeszcze na ramionach.

— Co się dzieje?! — zapytał, ale już widział. Zosia była sina. Michał zbladł i przez sekundę stał jak sparaliżowany.

— Dzwoń po karetkę! — wrzasnęłam, próbując przypomnieć sobie instrukcje z kursu pierwszej pomocy. Położyłam Zosię na łóżku, odchyliłam jej główkę i zaczęłam delikatnie dmuchać w jej usta. Czułam, jak moje ręce drżą, a łzy ciekną mi po policzkach.

— 112! Moja córka nie oddycha! — słyszałam Michała przez szum własnej krwi w uszach. — Ulica Słowackiego 17, proszę się spieszyć!

Czas stanął w miejscu. Każda sekunda była wiecznością. W głowie miałam tylko jedno: nie mogę jej stracić. Nie mogę być tą matką, która nie uratowała własnego dziecka.

W końcu Zosia wydała cichy dźwięk. Kaszlnęła. Otworzyła oczy. Upadłam na kolana, obejmując ją ostrożnie, jakby mogła się rozpaść od mojego dotyku.

Karetka przyjechała po kilku minutach. Ratownicy zabrali Zosię i mnie do szpitala, Michał jechał za nami samochodem. W drodze trzymałam ją za rączkę i modliłam się w myślach do Boga, w którego już dawno przestałam wierzyć.

W szpitalu lekarze zabrali Zosię na badania. Siedziałam na plastikowym krześle pod salą i patrzyłam na białe ściany, które wydawały się jeszcze zimniejsze niż moje serce. Michał usiadł obok mnie, ale nie dotknął mojej dłoni.

— To nie twoja wina — powiedział cicho.

— Skąd wiesz? Może coś zrobiłam źle? Może powinnam była szybciej zareagować? — głos mi się załamał.

— Przestań — syknął. — Nie czas na to teraz.

Zamilkliśmy. Między nami wisiało napięcie, które narastało od miesięcy. Od kiedy Zosia się urodziła, wszystko się zmieniło. Michał coraz częściej wracał późno z pracy, a ja czułam się coraz bardziej samotna. Moja mama powtarzała: „Dziecko to błogosławieństwo”, ale nikt nie mówił mi o tym, jak bardzo można się bać.

Po kilku godzinach lekarz wyszedł do nas. — Państwa córka miała bezdech niemowlęcy. Na szczęście wszystko jest pod kontrolą, ale zostanie u nas na obserwacji.

Poczułam ulgę tak wielką, że aż rozbolała mnie głowa. Michał odetchnął głośno i po raz pierwszy od dawna spojrzał mi prosto w oczy.

— Musimy porozmawiać — powiedział nagle.

— Teraz?

— Tak. Boję się, że jeśli nie teraz, to już nigdy.

Weszliśmy do szpitalnej kawiarni. Było pusto, tylko starsza pani pielęgniarka piła herbatę przy oknie.

— Co się z nami stało? — zapytał Michał, patrząc na mnie z bólem.

— Nie wiem… Może po prostu jesteśmy zmęczeni? Może nie byliśmy gotowi na to wszystko?

— Ja… ja czasem myślę, że cię zawiodłem — powiedział cicho. — Że nie jestem dobrym ojcem ani mężem.

Zaskoczył mnie tym wyznaniem. Przez chwilę milczałam.

— Ja też czuję się beznadziejna — przyznałam szeptem. — Czasem mam wrażenie, że jestem niewidzialna. Że wszystko robię źle.

Michał złapał mnie za rękę. — Może powinniśmy poprosić o pomoc? O terapię? Nie chcę cię stracić.

Pokiwałam głową. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam coś na kształt nadziei.

Wróciliśmy na oddział. Mama zadzwoniła: — Jak Zosia?

— Już lepiej — odpowiedziałam drżącym głosem.

— A ty? — zapytała cicho.

Zacisnęłam powieki. — Nie wiem, mamo. Naprawdę nie wiem.

Mama westchnęła ciężko. — Wiesz… kiedy ty byłaś mała, też miałam takie chwile strachu. Ale wtedy nie było nikogo, kto by mnie wsparł. Twój ojciec… on zawsze uciekał do pracy.

Poczułam ukłucie żalu do własnego dzieciństwa. Do tego, jak bardzo brakowało mi bliskości i rozmowy w naszej rodzinie.

Przez kolejne dni siedziałam przy łóżeczku Zosi i patrzyłam na jej spokojny oddech. Michał przynosił mi kawę i razem milczeliśmy albo rozmawialiśmy o drobiazgach: pieluchach, lekarstwach, przyszłości.

Wieczorem odwiedziła mnie mama. Usiadła obok i pogładziła mnie po włosach tak, jak wtedy gdy byłam małą dziewczynką.

— Wiesz… czasem trzeba pozwolić sobie na słabość — powiedziała cicho. — I poprosić o pomoc.

Przytuliłam ją mocno i poczułam, że coś we mnie pęka. Że może właśnie teraz zaczynam leczyć stare rany.

Po tygodniu wróciliśmy do domu. Zosia spała spokojnie w swoim łóżeczku, a ja z Michałem usiedliśmy razem na kanapie i po raz pierwszy od dawna trzymaliśmy się za ręce bez lęku przed tym, co przyniesie jutro.

Czasem patrzę na Zosię i zastanawiam się: ile jeszcze razy życie wystawi mnie na próbę? Czy potrafię być matką lepszą niż moja własna mama? Czy można naprawdę uleczyć rodzinne blizny?