Nie przychodź więcej, mamo – historia o utraconej więzi i matczynej rozpaczy
– Nie przychodź więcej, mamo. Proszę cię.
Te słowa usłyszałam od Ivana, mojego jedynego syna, w ciasnym przedpokoju jego mieszkania na warszawskim Ursynowie. Stał przede mną z opuszczonym wzrokiem, a obok niego stała jego żona, Agnieszka, z rękami skrzyżowanymi na piersi. W powietrzu wisiała cisza tak gęsta, że niemal czułam jej ciężar na ramionach.
– Ivan, ale… – zaczęłam, próbując zrozumieć, co się właściwie wydarzyło.
– Proszę cię, mamo – powtórzył cicho. – To dla nas trudne. Dla Agnieszki… dla mnie też.
Agnieszka patrzyła na mnie chłodno. W jej oczach nie było już tej serdeczności, którą pamiętałam z czasów, gdy przychodziłam do nich z domowym sernikiem i pomagałam przy małej Zosi. Teraz widziałam w nich tylko nieufność i coś jeszcze – może satysfakcję?
Wyszłam wtedy na klatkę schodową jak we śnie. Drzwi zamknęły się za mną bezgłośnie. Stałam przez chwilę nieruchomo, słysząc tylko echo własnych kroków i szum krwi w uszach. Nie płakałam wtedy. Łzy przyszły dopiero później, gdy wróciłam do pustego mieszkania na Pradze.
Nie mogłam spać tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, wpatrując się w sufit. W głowie wciąż słyszałam głos Ivana: „Nie przychodź więcej, mamo”. Jak do tego doszło? Przecież zawsze byłam dla niego wszystkim. Wychowywałam go sama po tym, jak jego ojciec odszedł do innej kobiety. Pracowałam na dwa etaty – w szkole jako nauczycielka matematyki i wieczorami w sklepie spożywczym. Wszystko po to, żeby niczego mu nie brakowało.
Kiedy Ivan poznał Agnieszkę na studiach, cieszyłam się jego szczęściem. Była miła, uśmiechnięta, trochę nieśmiała. Przyjęłam ją do rodziny jak własną córkę. Pomagałam im urządzać mieszkanie, opiekowałam się Zosią, kiedy tylko potrzebowali chwili dla siebie.
A potem nagle wszystko się zmieniło. Zaczęło się od drobiazgów – Agnieszka przestała odbierać moje telefony, coraz rzadziej zapraszali mnie na obiady. Myślałam, że są po prostu zajęci. Ale potem przyszła ta rozmowa.
– Mamo – powiedział Ivan pewnego wieczoru przez telefon – Agnieszka twierdzi, że zabrałaś jej bransoletkę z sypialni.
Byłam w szoku.
– Co ty mówisz? Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła!
– Ona jest pewna…
– Ivan! Znasz mnie całe życie! Naprawdę myślisz, że mogłabym okraść własną synową?
Zamilkł na chwilę.
– Nie wiem już nic, mamo…
To był początek końca. Próbowałam tłumaczyć się Agnieszce, dzwoniłam do Ivana, pisałam wiadomości. Bez skutku. Bransoletka się nie znalazła, a ja zostałam sama z oskarżeniem, które rozdarło moją rodzinę.
W pracy zaczęłam popełniać błędy. Uczniowie patrzyli na mnie ze współczuciem, koleżanki pytały szeptem: „Co się stało?”. Nie miałam siły odpowiadać. Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Czułam się jak cień człowieka.
Pewnego dnia spotkałam sąsiadkę z klatki obok – panią Halinę.
– Coś taka smutna, pani Ewo? – zapytała troskliwie.
Opowiedziałam jej wszystko. Słuchała uważnie, a potem pokiwała głową.
– Synowe… różnie bywa. Ale syn? On powinien stanąć po pani stronie.
Poczułam ukłucie żalu. Czy naprawdę Ivan nie wierzył mi ani trochę? Czy tak łatwo można przekreślić lata wspólnego życia?
Minęły tygodnie. Zbliżały się urodziny Zosi. Zawsze piekłam dla niej tort czekoladowy i kupowałam pluszaki. Tym razem nie dostałam zaproszenia. Siedziałam sama w kuchni z pustym talerzem i świeczką wbitym w kawałek ciasta z cukierni.
W końcu zebrałam się na odwagę i poszłam pod ich blok. Stałam pod balkonem i patrzyłam w okno dziecięcego pokoju. Może mnie zobaczy? Może pomacha? Ale nikt nie pojawił się za firanką.
Wróciłam do domu i napisałam list do Ivana:
„Synku,
Nie wiem, co mam zrobić, żebyś mi uwierzył. Nigdy cię nie zawiodłam i nigdy bym cię nie skrzywdziła. Jeśli kiedyś będziesz gotowy porozmawiać – czekam.”
Nie odpisał.
Z czasem nauczyłam się żyć z tą pustką. Praca stała się moją ucieczką przed myślami. Czasem spotykałam znajomych na bazarku i udawałam przed nimi pogodną twarz. Ale w środku czułam tylko żal i tęsknotę.
Któregoś dnia zadzwonił telefon. Numer Ivana wyświetlił się na ekranie jak wyrzut sumienia.
– Mamo…
Serce mi stanęło.
– Tak?
– Chciałem tylko powiedzieć… Bransoletka się znalazła. Była za łóżkiem Zosi.
Zamilkł.
– Przepraszam – dodał cicho.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Łzy popłynęły mi po policzkach.
– Synku…
Ale on już się rozłączył.
Od tamtej pory minęły dwa miesiące. Ivan nie zadzwonił więcej. Agnieszka nigdy mnie nie przeprosiła. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś zobaczę moją wnuczkę.
Czasem siedzę wieczorem przy oknie i pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy matczyna miłość zawsze musi być tak bolesna? Może wy też kiedyś poczuliście się niesprawiedliwie osądzeni przez najbliższych? Jak sobie z tym poradziliście?