Nie jestem głodny, tylko smutny – Opowieść o wstydzie, dumie i miłości babci

– Dlaczego znowu nie masz obiadu? – zapytała pani Marta, patrząc na mnie przez okulary zsunięte na czubek nosa. W jej głosie słyszałem niecierpliwość, a może nawet pogardę. Wokół mnie szum stołówki, śmiechy dzieci, stukot talerzy – wszystko to nagle ucichło w mojej głowie. Czułem, jakby wszyscy patrzyli tylko na mnie.

– Nie jestem głodny – odpowiedziałem cicho, spuszczając wzrok na swoje buty. Były stare, z przetartymi czubkami. Wcale nie byłem pewien, czy bardziej boli mnie brzuch czy serce.

– Znowu? – westchnęła pani Marta. – Mateusz, musisz coś jeść. Nie możesz tak codziennie przychodzić bez obiadu.

Za mną ktoś zachichotał. To był Bartek z 6B, zawsze pierwszy do żartów z tych, którzy mieli mniej. – Może mu mama nie dała pieniędzy, bo wydał na chipsy! – rzucił głośno, a jego koledzy wybuchnęli śmiechem.

Zacisnąłem pięści. Mama nie żyła od trzech lat. Odkąd pamiętam, wychowywała mnie babcia. Tata odszedł zaraz po pogrzebie i nigdy więcej się nie odezwał. Zostałem tylko ja i babcia Zosia – najdzielniejsza kobieta na świecie.

Tego dnia wróciłem do domu szybciej niż zwykle. Babcia siedziała przy kuchennym stole i cerowała moje skarpetki. Miała na sobie sweter, który sama zrobiła na drutach jeszcze przed moim urodzeniem.

– Mateuszku, już jesteś? Coś się stało? – zapytała z troską.

Chciałem jej powiedzieć, że wszystko jest w porządku, ale łzy same napłynęły mi do oczu.

– Znowu nie miałem obiadu w szkole… – wyszeptałem. – Pani Marta pytała przy wszystkich. Bartek się śmiał.

Babcia odłożyła igłę i przytuliła mnie mocno. Pachniała lawendą i czymś jeszcze – bezpieczeństwem.

– Synku, przepraszam cię… Staram się jak mogę… Ale wiesz, że emerytura ledwo starcza na rachunki i leki…

– Wiem babciu! – przerwałem jej szybko. – To nie twoja wina!

Ale w środku czułem wstyd i złość. Dlaczego to właśnie mnie musiało spotkać? Dlaczego inni mają wszystko?

Następnego dnia babcia przyszła do szkoły. Miała na sobie najlepszą sukienkę i płaszcz z lat siedemdziesiątych. Weszła do sekretariatu z podniesioną głową.

– Dzień dobry – powiedziała stanowczo do pani dyrektor. – Chciałam porozmawiać o moim wnuku, Mateuszu Nowaku.

Siedziałem na korytarzu i słyszałem przez drzwi podniesione głosy.

– Proszę pani – mówiła babcia – czy naprawdę nie można pomóc dzieciom takim jak mój wnuk? Czy musi być upokarzany przy wszystkich?

– Pani Zofio, rozumiem pani sytuację… Ale regulamin jest regulaminem. Obiady są płatne… – tłumaczyła się dyrektorka.

– A godność dziecka? Czy ona też jest płatna? – Babcia była nieugięta.

Wyszła z sekretariatu z twarzą czerwoną ze złości i łez. Przytuliła mnie mocno.

– Mateuszku, będziemy walczyć. Nie damy się!

Ale walka była trudna. Każdego dnia czułem na sobie spojrzenia innych dzieci. W szatni ktoś przykleił mi do plecaka kartkę: „ŻEBRAK”.

Przez kilka tygodni jadłem kanapki z margaryną i ogórkiem kiszonym, które babcia robiła mi rano. Udawałem przed nią, że wszystko jest dobrze. Ale w szkole coraz częściej słyszałem szepty za plecami:

– Ten Nowak to biedak…
– Pewnie śmierdzi mu w domu…
– Jego stara to chyba czarownica!

Pewnego dnia nie wytrzymałem. Wybiegłem ze szkoły przed końcem lekcji i pobiegłem nad Wisłę. Siedziałem tam długo, patrząc na brudną wodę i myśląc o tym, jak bardzo chciałbym być kimś innym.

Babcia znalazła mnie wieczorem.

– Mateuszku! Boże, gdzie ty byłeś?!

Zobaczyłem jej zapłakane oczy i poczułem się jeszcze gorzej.

– Przepraszam babciu… Ja po prostu… Nie chcę już tam wracać…

Babcia usiadła obok mnie na ławce.

– Wiesz, kiedy byłam mała, też byłam biedna – powiedziała cicho. – Ale miałam mamę i tatę. I oni zawsze powtarzali: „Zosiu, najważniejsze to mieć serce”. Ty masz wielkie serce, Mateuszku. I ja jestem z ciebie dumna.

Objęła mnie ramieniem i siedzieliśmy tak długo w ciszy.

Następnego dnia babcia przyszła do szkoły jeszcze raz. Tym razem z nią przyszły dwie inne mamy – pani Kowalska i pani Zielińska. Okazało się, że ich dzieci też czasem nie miały pieniędzy na obiady.

W sekretariacie zrobiło się tłoczno i głośno.

– To nie jest sprawiedliwe! – krzyczała pani Kowalska. – Dzieci nie mogą cierpieć przez biedę!

Dyrektorka próbowała ich uciszyć, ale kobiety były nieugięte.

Po tygodniu ogłoszono zebranie dla rodziców. Przyszło mnóstwo ludzi. Babcia zabrała głos:

– Proszę państwa! Czy naprawdę chcemy żyć w świecie, gdzie dzieci są upokarzane za to, że ich rodziców nie stać na obiad?

W sali zapadła cisza.

Po tym spotkaniu coś się zmieniło. Szkoła wprowadziła anonimowy fundusz obiadowy dla potrzebujących dzieci. Nikt już nie wiedział, kto korzysta z darmowych obiadów.

Ale blizny zostały. Bartek już nigdy się ze mną nie zaprzyjaźnił. Czasem widzę go na ulicy – odwraca wzrok.

Babcia mówi, że jestem silny. Że przetrwałem coś trudnego i dzięki temu będę lepszym człowiekiem.

Czasem jednak budzę się w nocy i pytam siebie: czy naprawdę tylko pieniądze decydują o tym, kim jesteśmy? Czy dzieci muszą płacić za błędy dorosłych?

A wy? Co myślicie? Czy szkoła powinna być miejscem wsparcia czy kolejnej walki o przetrwanie?