„Może zamiast żebrać, pójdziesz do sklepu?” – Ostatni kawałek sernika i rodzinna wojna przy świątecznym stole

– Może zamiast żebrać, pójdziesz do sklepu? – wycedziła przez zęby ciotka Basia, patrząc na Daniela, który właśnie poprosił o kawałek sernika „na wynos dla dzieci”.

Zamarłam z widelcem w powietrzu. Wszyscy przy stole nagle ucichli. Mama spojrzała na mnie z niepokojem, jakby chciała powiedzieć: „Nie wtrącaj się, to nie twoja sprawa”. Ale przecież to była moja sprawa. To był mój brat.

Daniel odchrząknął, próbując się uśmiechnąć. – No co, dzieci czekają… – powiedział cicho, ale już wiedziałam, że nie chodzi tylko o dzieci i nie tylko o ciasto. W jego oczach zobaczyłam wstyd i coś jeszcze – może żal? Może gniew?

Ciotka Basia nie odpuszczała. – Każdy ma dzieci! Każdy by chciał coś zabrać! Ale nie jesteśmy tu od rozdawania! – rzuciła, a jej głos odbił się echem od ścian mieszkania babci.

Babcia próbowała załagodzić sytuację. – Dajcie spokój, święta są…

Ale już było za późno. Daniel wstał od stołu, zostawiając pusty talerz. – Nie trzeba, naprawdę. Przepraszam, że poprosiłem – rzucił przez ramię i wyszedł do przedpokoju.

Siedziałam jak sparaliżowana. W głowie miałam tysiąc myśli. Przecież wiedziałam, jak Danielowi się ostatnio nie układało. Stracił pracę w fabryce, a jego żona, Ania, od miesięcy szukała czegoś dorywczego. Mają troje dzieci, a czynsz podskoczył im o połowę. Ale nikt nie chciał tego słuchać. Lepiej było udawać, że wszystko jest w porządku.

– No i po co te sceny? – mruknął wujek Marek, nalewając sobie kolejną setkę.

Mama ścisnęła moją dłoń pod stołem. – Nie mieszaj się – szepnęła. Ale ja już wiedziałam, że muszę coś zrobić.

Wybiegłam za Danielem na klatkę schodową. Stał przy windzie, z rękami w kieszeniach.

– Daniel…

– Daj spokój, Marta. Wiem, jak to wyglądało. Nie powinienem był prosić.

– Przestań! Masz prawo prosić! To rodzina!

Spojrzał na mnie z goryczą. – Rodzina? Rodzina to powinna pomagać, a nie upokarzać.

Przez chwilę milczeliśmy. Słychać było tylko szum windy i odgłosy śmiechu zza drzwi mieszkania babci.

– Chodź ze mną do kuchni – powiedziałam w końcu stanowczo.

Wróciliśmy razem. W kuchni babcia właśnie kroiła ostatni kawałek sernika.

– Weźcie, dzieciaki się ucieszą – powiedziała cicho do Daniela, patrząc mu w oczy.

Daniel skinął głową i schował ciasto do plastikowego pojemnika.

Wróciliśmy do stołu. Nikt już nie komentował. Atmosfera była ciężka jak powietrze przed burzą.

Po obiedzie mama podeszła do mnie na bok.

– Po co się wtrącałaś? Teraz wszyscy będą gadać.

– Nie obchodzi mnie to – odpowiedziałam ostro. – Daniel potrzebował pomocy.

Mama westchnęła ciężko. – Każdy ma swoje problemy…

Ale ja wiedziałam, że to nieprawda. Nie każdy musi prosić o kawałek ciasta dla dzieci.

Wieczorem zadzwoniłam do Daniela.

– Jak dzieci?

– Ucieszyły się z sernika – odpowiedział cicho. – Dzięki, Marta.

– Daniel… czemu mi nie powiedziałeś?

Zamilkł na chwilę.

– Bo nie chcę być ciężarem. Już wystarczająco się wstydzę.

Poczułam gulę w gardle. Przypomniałam sobie nasze dzieciństwo – jak razem biegaliśmy po podwórku, jak dzieliliśmy się wszystkim: gumą do żucia, kanapką, nawet lizakiem z odpustu.

– Nie jesteś ciężarem – powiedziałam stanowczo. – Jesteś moim bratem.

Następnego dnia poszłam do mamy.

– Musimy pomóc Danielowi i Ani. Oni sobie nie radzą.

Mama spojrzała na mnie z wyrzutem.

– A kto nam pomoże? My też ledwo wiążemy koniec z końcem!

– Ale my mamy dach nad głową i jedzenie na stole! Oni nie mają nawet tego!

Mama spuściła wzrok.

Przez kolejne dni próbowałam namówić rodzinę na pomoc dla Daniela. Nikt nie chciał słuchać. Każdy miał swoje wymówki: kredyty, rachunki, własne dzieci na studiach.

W końcu sama zaczęłam odkładać pieniądze z pensji. Kupiłam paczkę dla Daniela: mąka, cukier, makaron, trochę słodyczy dla dzieciaków. Zaniosłam im wszystko wieczorem.

Ania otworzyła drzwi z zapuchniętymi oczami.

– Marta… nie trzeba było…

– Trzeba było – przerwałam jej stanowczo. – Jesteśmy rodziną.

W środku dzieci bawiły się starymi zabawkami. W mieszkaniu było zimno; Daniel oszczędzał na ogrzewaniu.

Usiedliśmy razem przy kuchennym stole. Daniel opowiadał o kolejnych rozmowach kwalifikacyjnych zakończonych fiaskiem. Ania płakała cicho, mówiąc o tym, jak trudno jest patrzeć dzieciom w oczy i udawać, że wszystko jest dobrze.

Wróciłam do domu rozbita. Nie mogłam spać całą noc. W głowie dudniły mi słowa ciotki Basi: „Może zamiast żebrać…”

Czy naprawdę tak trudno jest okazać trochę empatii? Czy naprawdę tak łatwo jest kogoś upokorzyć jednym zdaniem?

Kilka tygodni później Daniel znalazł pracę jako magazynier w hurtowni spożywczej. Nie była to praca marzeń, ale pozwoliła im stanąć na nogi. Dzieci zaczęły się uśmiechać częściej; Ania wróciła do życia.

Na Wielkanoc zaprosiłam ich do siebie. Przy stole znów pojawiła się ciotka Basia.

– O, Daniel! Jak tam praca? – zapytała z przesadną uprzejmością.

Daniel spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko.

– Lepiej niż ostatnio – odpowiedział spokojnie.

A ja poczułam dumę i ulgę jednocześnie.

Czasem jedno zdanie może złamać człowieka bardziej niż bieda czy brak pracy. Czasem wystarczy wyciągnąć rękę i powiedzieć: „Jestem tu dla ciebie”.

Czy naprawdę tak trudno jest być człowiekiem dla drugiego człowieka? Ilu z nas potrafi spojrzeć poza własny talerz i zobaczyć głód drugiego? Co byście zrobili na moim miejscu?