Między miłością a żalem: Historia o rodzinie, która rozpadła się przez niedopowiedzenia i walkę o spadek
– Zuzanna, nie rozumiesz, to nie jest takie proste! – głos mojej mamy drżał, kiedy po raz kolejny próbowała mi wytłumaczyć, dlaczego nie mogę dostać mieszkania po babci. Stałyśmy naprzeciwko siebie w kuchni, tej samej, w której babcia piekła dla mnie szarlotkę, kiedy byłam dzieckiem. Teraz wszystko było inne – powietrze ciężkie od niedopowiedzianych pretensji, a między nami rosła przepaść, której nie potrafiłam już przeskoczyć.
Przez całe dzieciństwo czułam się niewidzialna. Mama była wiecznie zajęta – praca w urzędzie, spotkania, wieczorne kursy językowe. Zawsze powtarzała, że robi to dla mnie, żebym miała lepsze życie. Ale kiedy wracała do domu, była zmęczona, rozdrażniona, nieobecna. To babcia była moim światem – to ona uczyła mnie czytać, zabierała na spacery do parku Jordana, to ona tuliła mnie, kiedy płakałam po nocach. Mama i babcia nie rozmawiały ze sobą zbyt często, a kiedy już to robiły, kończyło się na kłótniach. Babcia zarzucała mamie, że nie poświęca mi czasu, mama odpowiadała, że babcia się wtrąca. Ja byłam między nimi – niewidzialna, rozdarta.
Kiedy babcia zachorowała, byłam już na studiach. Mama zadzwoniła do mnie tylko raz, żeby powiedzieć, że „babcia jest w szpitalu, ale nie ma sensu przyjeżdżać, bo i tak śpi”. Pojechałam mimo wszystko. Pamiętam, jak trzymałam babcię za rękę, kiedy jej oddech stawał się coraz płytszy. Ostatnie słowa, które do mnie powiedziała, to: „Nie pozwól im cię skrzywdzić, Zuzia”. Wtedy nie rozumiałam, o co jej chodziło.
Po pogrzebie mama była jakby nieobecna. Przez kilka tygodni nie rozmawiałyśmy. Dopiero kiedy przyszło pismo z sądu o otwarciu testamentu, zadzwoniła do mnie, żeby się spotkać. Siedziałyśmy w tej samej kuchni, w której kiedyś śmiałyśmy się razem z babcią. Mama patrzyła na mnie z chłodem, jakbyśmy były obcymi ludźmi. – Babcia zostawiła mieszkanie tobie, ale to nie jest sprawiedliwe – powiedziała. – Ja też mam do niego prawo. Przecież to moja matka.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Z jednej strony rozumiałam jej żal, z drugiej – czułam, że babcia chciała mnie ochronić. Przez lata widziała, jak bardzo jestem samotna, jak bardzo brakuje mi domu. Mama zaczęła mówić o pieniądzach, o tym, że sama nie da rady spłacić kredytu, że mieszkanie po babci to jej jedyna szansa na normalne życie. – Zuzanna, musisz zrozumieć, ja nie mam nikogo poza tobą. Ale jeśli nie zgodzisz się na podział, pójdziemy do sądu.
Nie spałam przez kilka nocy. W głowie miałam słowa babci i wyrzuty sumienia. Czy powinnam oddać mamie mieszkanie, skoro przez całe życie nie była dla mnie matką? Czy to ja jestem egoistką? Próbowałam z nią rozmawiać, zaproponowałam, że może zamieszkamy razem, spróbujemy odbudować naszą relację. Mama tylko wzruszyła ramionami. – Za późno na takie rzeczy, Zuzanna. Ja chcę swoje.
Sądowy proces ciągnął się miesiącami. Każde spotkanie z mamą było coraz bardziej bolesne. Przestałyśmy ze sobą rozmawiać, kontaktowałyśmy się tylko przez prawników. Czułam się, jakby ktoś wyrwał mi serce. W sądzie mama opowiadała, że byłam niewdzięczną córką, że nie dbałam o babcię, że nie zasługuję na mieszkanie. Siedziałam na ławie i słuchałam tych słów, a łzy spływały mi po policzkach. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek byłam dla niej ważna.
W międzyczasie zaczęły się plotki w rodzinie. Ciotka Jola zadzwoniła do mnie, żeby powiedzieć, że „nie powinnam była tak postępować z własną matką”. Wujek Marek napisał mi SMS-a: „Zuzka, nie mieszaj się w te sprawy, oddaj mieszkanie matce, to jej się należy”. Nikt nie zapytał, jak się czuję. Nikt nie zapytał, dlaczego babcia zapisała mieszkanie właśnie mnie.
Zaczęłam się zastanawiać, czy rodzina w ogóle coś znaczy. Czy to tylko układ, w którym każdy walczy o swoje, a miłość i wsparcie są tylko pustymi słowami? Przypomniałam sobie, jak babcia mówiła: „Rodzina to nie tylko krew, to wybór, którego dokonujemy każdego dnia”. Ale czy mama kiedykolwiek mnie wybrała?
Po roku sąd przyznał mi mieszkanie. Mama nie przyszła na ogłoszenie wyroku. Dostałam tylko krótkiego maila: „Gratuluję. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa”. Nie byłam. Siedziałam w pustym mieszkaniu babci, wśród jej starych książek i zdjęć, i czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek. Próbowałam do niej zadzwonić, ale nie odbierała. Wysłałam jej list, w którym napisałam, że mimo wszystko ją kocham, że chciałabym, żebyśmy spróbowały jeszcze raz. Nie odpowiedziała.
Czasem myślę, że może powinnam była odpuścić. Może powinnam była oddać jej to mieszkanie, nawet jeśli nie zasłużyła. Ale czy wtedy nie zdradziłabym siebie? Czy miłość do rodziny polega na ciągłym poświęcaniu siebie, nawet jeśli druga strona nie chce tego zauważyć?
Dziś mijam ludzi na ulicy i zastanawiam się, ile z nich nosi w sobie podobny żal. Ile rodzin rozpadło się przez pieniądze, przez brak rozmowy, przez niedopowiedzenia? Czy naprawdę rodzina znaczy dziś cokolwiek? Czy to tylko słowo, którym próbujemy przykryć własną samotność?
Może kiedyś mama mi wybaczy. Może kiedyś zrozumie, że walczyłyśmy nie o mieszkanie, ale o miłość, której nigdy nie potrafiłyśmy sobie dać. Ale czy wtedy nie będzie już za późno? Czy można odbudować coś, co rozpadło się na kawałki przez tyle lat milczenia i żalu?