Matka pod szarym niebem Warszawy: Czy kiedykolwiek będę wystarczająca?

– Znowu nie masz obiadu gotowego na czas? – głos mojej matki, Jadwigi, przeszył kuchnię jak zimny przeciąg. Stałam przy kuchence, mieszając zupę z resztek warzyw, które udało mi się kupić na bazarze za ostatnie drobniaki. Za oknem lał deszcz, a szare niebo nad Warszawą zdawało się przygniatać mnie jeszcze bardziej.

– Mamo, dzieci miały dziś dłużej w szkole, nie zdążyłam… – zaczęłam tłumaczyć, ale przerwała mi ruchem ręki.

– Zawsze jakieś wymówki. Ja na twoim miejscu… – westchnęła ciężko i spojrzała na mnie z tym swoim spojrzeniem pełnym rozczarowania.

Zacisnęłam zęby. Nie chciałam się rozpłakać przy niej. Nie teraz. Nie po raz kolejny.

Moje dzieci – Ola, Michał, Kasia i najmłodszy Franek – wbiegły do kuchni rozchichotane, niosąc ze sobą zapach mokrych kurtek i dziecięcej energii. Michał rzucił tornister na podłogę i od razu zaczął opowiadać o jakiejś bójce w szkole. Ola próbowała go uciszyć, Kasia domagała się kanapki, a Franek tulił się do mojej nogi.

– Cicho! – krzyknęła babcia Jadwiga. – Matka nie może się skupić przez wasz harmider!

Wiedziałam, że zaraz zacznie się kolejna kłótnia. Jadwiga mieszkała z nami od śmierci taty. Pomagała mi, ale jej pomoc miała swoją cenę – nieustanne uwagi, krytyka i porównania do innych matek z sąsiedztwa.

Wieczorem, gdy dzieci już spały, usiadłam przy kuchennym stole z kubkiem herbaty. Jadwiga weszła bezszelestnie.

– Wiesz, Aniu, ja naprawdę chcę ci pomóc. Ale czasem mam wrażenie, że nie słuchasz moich rad.

Spojrzałam na nią zmęczonym wzrokiem.

– Mamo, robię co mogę. Naprawdę. Ale czuję się… niewystarczająca.

– Gdybyś była bardziej stanowcza z Michałem, nie miałby tylu problemów w szkole. Ola powinna już pomagać ci w domu. Kasia jest za bardzo rozpieszczona, a Franek… – urwała i pokręciła głową.

Zacisnęłam dłonie na kubku tak mocno, że aż zabolały mnie palce.

– To moje dzieci. Pozwól mi popełniać własne błędy.

Jadwiga wzruszyła ramionami i wyszła. Zostałam sama z ciszą i własnymi myślami.

Następnego dnia rano obudził mnie płacz Franka. Miał gorączkę. Znowu musiałam zadzwonić do pracy i poprosić o wolne. Szefowa była wyraźnie niezadowolona.

– Pani Aniu, to już trzeci raz w tym miesiącu… – usłyszałam w słuchawce.

– Przepraszam, ale syn jest chory…

– Rozumiem, ale musimy się zastanowić nad pani przyszłością w naszej firmie.

Odłożyłam telefon z bijącym sercem. Jak długo jeszcze dam radę utrzymać tę pracę? Jak długo wystarczy nam pieniędzy?

W południe przyszła Ola ze szkoły ze łzami w oczach.

– Mamo, dzieci śmiały się ze mnie, bo nie mam nowych butów na WF…

Przytuliłam ją mocno. Czułam jej wstyd i bezsilność. Sama pamiętałam czasy, gdy musiałam nosić połatane ubrania po starszych kuzynkach.

Wieczorem doszło do kolejnej awantury z Jadwigą. Tym razem poszło o to, że Michał dostał jedynkę z matematyki.

– To twoja wina! – krzyczała matka. – Gdybyś go pilnowała, nie byłby taki leniwy!

– Mamo! – wrzasnęłam pierwszy raz od lat. – Przestań! Robię wszystko sama! Ty tylko narzekasz!

Zapanowała cisza. Dzieci patrzyły na mnie szeroko otwartymi oczami. Jadwiga wybiegła z kuchni trzaskając drzwiami.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Wpatrywałam się w sufit i słuchałam oddechów śpiących dzieci. Czy naprawdę jestem taką złą matką? Czy powinnam być twardsza? Bardziej wymagająca? A może po prostu… lepsza?

Kilka dni później dostałam wypowiedzenie z pracy. Siedziałam na łóżku z listem w ręku i czułam jak świat wali mi się na głowę. Dzieci bawiły się w pokoju obok, nieświadome tego, co się dzieje.

Wieczorem przyszła do mnie Ola.

– Mamo… czy wszystko będzie dobrze?

Spojrzałam na nią przez łzy i przytuliłam najmocniej jak potrafiłam.

– Tak, kochanie. Zawsze będziemy razem. To najważniejsze.

Tego wieczoru Jadwiga przyszła do mnie do pokoju. Usiadła obok i przez chwilę milczałyśmy.

– Aniu… przepraszam. Może za dużo wymagam. Sama nie wiem jak to wszystko ogarnąć… – powiedziała cicho.

Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Może nigdy nie będziemy idealną rodziną. Może zawsze będzie nam brakować pieniędzy i cierpliwości. Ale mamy siebie.

Czasem patrzę w lustro i pytam: czy jestem wystarczająca? Czy moje dzieci kiedyś mi wybaczą wszystkie błędy? A może to właśnie te błędy uczynią nas silniejszymi?