Lodówka to nie stołówka! Jak córka i jej „przyjaciele” doprowadzili mnie do łez
— Zosiu, czy możesz mi wyjaśnić, dlaczego znowu w lodówce nie ma ani kawałka sera? — zapytałam, starając się, by mój głos nie drżał. Stałam w kuchni, patrząc na pustą półkę, gdzie jeszcze rano leżały dwa opakowania żółtego sera i świeża szynka. Zosia stała w drzwiach, z miną niewiniątka, a za nią przewijała się gromadka jej znajomych.
— Mamo, przecież mówiłam ci, że przyjdą do mnie Ola i Bartek. Byliśmy głodni po szkole…
— Ola i Bartek? — powtórzyłam z niedowierzaniem, bo widziałam tu jeszcze dwóch chłopaków i dziewczynę, której imienia nawet nie znałam. — Zosiu, to nie jest restauracja! Lodówka to nie stołówka!
Zosia przewróciła oczami. — Mamo, przesadzasz. To tylko kanapki.
W tej chwili poczułam, jak narasta we mnie bezsilność. To nie był pierwszy raz. Od miesięcy nasz dom był miejscem spotkań całej jej klasy, dzieciaków z podwórka, a nawet ludzi z innych szkół. Zosia była duszą towarzystwa — zawsze otwarta, serdeczna, gotowa pomóc każdemu. Ale czy ja musiałam być kucharką dla całej dzielnicy?
Pamiętam, jak jeszcze rok temu cieszyłam się, że Zosia ma tylu przyjaciół. Sama w jej wieku byłam zamknięta w sobie i marzyłam o tym, żeby ktoś mnie zaprosił na wspólne odrabianie lekcji czy spacer po parku. Może dlatego tak długo przymykałam oko na jej gościnność. Ale teraz czułam się już nie matką, a obsługą bufetu.
Tego dnia wieczorem usiadłam na kanapie z kubkiem herbaty i łzami w oczach. Mąż, Paweł, spojrzał na mnie z troską.
— Co się stało?
— Nie mam już siły — wyszeptałam. — Czuję się jak niewidzialna służąca we własnym domu. Nawet nie wiem, kto tu dzisiaj był. Wszystko znika z lodówki, a ja nawet nie słyszę „dziękuję”.
Paweł westchnął ciężko.
— Może przesadzasz? Przynajmniej Zosia nie siedzi sama w pokoju przed komputerem.
— Przesadzam? — powtórzyłam z goryczą. — A kto robi zakupy? Kto gotuje? Kto sprząta po tych wszystkich dzieciach?
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Zosią na spokojnie. Usiadłyśmy razem przy stole.
— Zosiu, musimy ustalić jakieś zasady — zaczęłam ostrożnie. — Lubię twoich przyjaciół, ale nie mogę codziennie gotować dla tylu osób. To kosztuje i wymaga czasu.
Zosia spojrzała na mnie z wyrzutem.
— Myślałam, że cieszysz się, że mam znajomych…
— Cieszę się — przerwałam jej łagodnie. — Ale to nie znaczy, że możesz zapraszać wszystkich bez pytania i częstować ich wszystkim, co mamy w domu.
Zosia spuściła wzrok.
— Wiem… Ale czasem oni nie mają gdzie pójść. U Oli rodzice pracują do późna, Bartek ma trudną sytuację w domu…
Poczułam ukłucie współczucia. Wiedziałam o problemach Bartka — jego ojciec pił, matka była wiecznie zmęczona. Ale czy to znaczyło, że nasz dom miał być azylem dla wszystkich potrzebujących?
Przez kolejne dni próbowałam znaleźć złoty środek. Prosiłam Zosię, żeby uprzedzała mnie o gościach i pomagała w przygotowaniach. Próbowałam tłumaczyć jej wartość pracy i pieniędzy. Ale ona była uparta.
Pewnego popołudnia wróciłam wcześniej z pracy i zobaczyłam scenę, która przelała czarę goryczy. W kuchni siedziało sześcioro dzieciaków — jedli moje ciasto urodzinowe (które miało być na wieczór dla rodziny!), pili sok i śmiali się głośno. Nikt nawet nie zauważył mojego wejścia.
— Przepraszam bardzo! — powiedziałam głośno. — Czy ktoś zapytał mnie o zgodę?
Zapadła niezręczna cisza. Zosia zaczerwieniła się i wyszeptała:
— Mamo…
Nie wytrzymałam. Wybiegłam do łazienki i rozpłakałam się jak dziecko. Czułam się upokorzona we własnym domu.
Wieczorem Paweł próbował mnie pocieszyć.
— Może powinnaś być dumna? Twoje ciasto wszystkim smakowało…
Spojrzałam na niego z rozpaczą.
— To nie o ciasto chodzi! Chodzi o szacunek! O to, że nikt mnie tu nie widzi!
Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się myśli: Czy jestem złą matką? Może rzeczywiście przesadzam? Może powinnam cieszyć się, że dom tętni życiem?
Ale następnego ranka podjęłam decyzję. Usiadłam z Zosią i Pawłem przy stole.
— Od dziś ustalamy zasady — powiedziałam stanowczo. — Goście są mile widziani, ale tylko po wcześniejszym uzgodnieniu ze mną lub tatą. Każdy przynosi coś od siebie: napój, owoce albo coś do kanapek. I wszyscy pomagają sprzątać po sobie.
Zosia była obrażona przez kilka dni. Chodziła naburmuszona, zamykała się w pokoju i rzucała mi krótkie odpowiedzi. Bolało mnie to strasznie — miałam wrażenie, że straciłam z nią kontakt.
Ale po tygodniu przyszła do mnie sama.
— Mamo… Przepraszam. Nie pomyślałam o tym wszystkim…
Przytuliłyśmy się mocno. Poczułam ulgę i smutek jednocześnie.
Dziś nasz dom nadal jest otwarty dla przyjaciół Zosi, ale już nie jestem niewidzialną kucharką. Czasem ktoś przyniesie pizzę, czasem upieką razem ciasto albo zrobią sałatkę z tego, co mają w lodówce.
Często zastanawiam się jednak: gdzie leży granica między byciem dobrą matką a byciem wykorzystywaną? Czy można nauczyć dziecko empatii bez rezygnowania z własnych potrzeb? Może każda matka musi znaleźć swoją odpowiedź…