Kiedy życie odwraca się plecami: Historia Julii, samotnej matki z krakowskiego Kazimierza

– Julia, ile razy mam ci powtarzać, że tak się nie robi?! – głos mojej matki odbijał się echem od starych, popękanych ścian naszego mieszkania na Kazimierzu. Stałam w kuchni, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, zmywając talerze po kolacji, którą ugotowałam z resztek. Mój syn, Michał, siedział cicho przy stole, wpatrzony w podłogę.

– Mamo, ja naprawdę się staram… – zaczęłam, ale przerwała mi ruchem ręki.

– Starasz się? Gdybyś się starała, nie byłabyś sama z dzieckiem! – Jej słowa były jak uderzenia bicza. – Gdzie jest ten twój wspaniały Adam? Gdzie jest ojciec Michała?

Zacisnęłam zęby, żeby nie rozpłakać się przy dziecku. Adam odszedł, kiedy Michał miał zaledwie dwa lata. Zostawił mnie z długami, niespełnionymi obietnicami i pustką, której nie potrafiłam niczym wypełnić. Moja matka nigdy mu tego nie wybaczyła, ale jeszcze bardziej nie wybaczyła mi – że pozwoliłam sobie na miłość, która skończyła się katastrofą.

Wyszłam z kuchni, zostawiając ją z jej gniewem. Michał podszedł do mnie i objął mnie w pasie. – Mamo, nie płacz – szepnął. Jego małe dłonie były ciepłe, a głos cichy, jakby bał się, że matka usłyszy. Uklękłam przy nim, przytuliłam go mocno i poczułam, jak łzy spływają mi po policzkach.

Wieczorem, kiedy Michał już spał, usiadłam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Kazimierz nocą był inny – cichszy, bardziej tajemniczy. Czułam się jak cień, który przemyka między kamienicami, niewidzialna dla świata. Praca w sklepie spożywczym nie dawała mi wiele – ledwo starczało na czynsz, jedzenie i ubrania dla Michała. Często musiałam wybierać: rachunek za prąd czy nowa kurtka dla syna?

Pamiętam, jak pewnego dnia, kiedy Michał miał już siedem lat, wróciłam do domu późno, zmęczona po dwunastogodzinnej zmianie. W kuchni siedziała moja matka z sąsiadką, panią Zofią. Obie patrzyły na mnie z mieszaniną litości i pogardy.

– Julia, ty się w ogóle nie szanujesz – zaczęła pani Zofia. – Taka ładna dziewczyna, a sama z dzieckiem. Co ludzie powiedzą?

– Ludzie zawsze coś powiedzą – odpowiedziałam cicho, zdejmując kurtkę. – Ale to nie oni płacą moje rachunki.

Matka spojrzała na mnie ostro. – Gdybyś posłuchała mnie wtedy, nie byłoby cię w tej sytuacji. Mogłaś wyjść za Pawła, miał dobrą pracę, był porządny. Ale nie, ty musiałaś zakochać się w tym nieudaczniku.

Poczułam, jak wzbiera we mnie gniew. – Mamo, to moje życie. I mój wybór. Nie żałuję Michała, nigdy! – głos mi zadrżał, ale nie pozwoliłam sobie na łzy przy nich.

Po wyjściu sąsiadki matka długo milczała. W końcu powiedziała tylko: – Kiedyś zrozumiesz, że ja chciałam dla ciebie dobrze.

Ale czy naprawdę chciała? Czy może chciała tylko, żebym była taka jak ona – cicha, posłuszna, podporządkowana mężowi, który nigdy nie wracał trzeźwy do domu? Ojciec zmarł, kiedy miałam szesnaście lat. Zostawił nas z długami i wspomnieniami, których nie chciałam pamiętać. Może dlatego tak bardzo pragnęłam innego życia. Może dlatego zakochałam się w Adamie – był inny, obiecywał mi świat, którego nigdy nie widziałam.

Ale świat Adama okazał się iluzją. Po narodzinach Michała coraz częściej znikał na całe noce, wracał pijany, czasem agresywny. Kiedyś uderzył mnie w twarz, a potem przepraszał, płakał, obiecywał poprawę. Wierzyłam mu, bo chciałam wierzyć. Ale kiedy zobaczyłam strach w oczach Michała, wiedziałam, że muszę go wyrzucić z naszego życia. To była najtrudniejsza decyzja, jaką podjęłam.

Od tamtej pory byłam sama. Samotność była jak ciężki płaszcz, który nosiłam codziennie, nawet w upalne dni. Ludzie patrzyli na mnie z litością albo z pogardą. W sklepie często słyszałam szepty: „To ta Julia, co ją chłop zostawił”. Czasem miałam ochotę krzyczeć, że nie jestem winna, że nie chciałam tego życia. Ale nikt nie chciał słuchać.

Najgorsze były święta. W Wigilię, kiedy wszyscy zbierali się przy stołach, my z Michałem jedliśmy barszcz z uszkami i kawałek karpia, którego dostałam od sąsiadki. Matka siedziała z nami, ale jej milczenie było głośniejsze niż jakiekolwiek słowa. Michał patrzył na mnie pytająco, jakby chciał zapytać, dlaczego nie mamy takiego domu jak inni. Nie umiałam mu odpowiedzieć.

Pewnego dnia Michał wrócił ze szkoły zapłakany. – Mamo, dzieci mówią, że nie mam taty, że jestem gorszy. Czemu nie mam taty jak inni?

Przytuliłam go mocno. – Michałku, nie jesteś gorszy. Jesteś wyjątkowy. Masz mnie, a ja mam ciebie. I to wystarczy.

Ale czy naprawdę wystarczyło? Czasem w nocy budziłam się z krzykiem, śniąc o Adamie, o tym, jak odchodzi, zostawiając mnie w pustym mieszkaniu. Bałam się, że nigdy nie będę szczęśliwa, że Michał też będzie cierpiał przez moje wybory.

Z czasem nauczyłam się nie słuchać ludzi. Skupiłam się na pracy, na synu. Michał rósł, był coraz mądrzejszy, coraz bardziej podobny do mnie. Ale czasem widziałam w nim cień smutku, którego nie potrafiłam rozproszyć.

Kiedy miał dziesięć lat, zachorował. Lekarze nie wiedzieli, co mu jest. Spędzałam noce przy jego łóżku w szpitalu, modląc się, żeby wyzdrowiał. Matka przychodziła rzadko, mówiła, że nie może patrzeć na cierpienie dziecka. Byłam sama, jak zawsze. Ale wtedy zrozumiałam, że nie mogę się poddać. Michał potrzebował mnie bardziej niż kiedykolwiek.

Po kilku tygodniach wyszedł ze szpitala. Był słabszy, ale uśmiechał się do mnie. – Mamo, wszystko będzie dobrze, prawda?

– Tak, synku. Wszystko będzie dobrze – odpowiedziałam, choć sama w to nie wierzyłam.

Lata mijały. Michał dorastał, ja starzałam się szybciej, niż powinnam. Praca w sklepie była coraz cięższa, zdrowie coraz słabsze. Matka zmarła nagle, zostawiając mnie z poczuciem winy, że nigdy się nie pogodziłyśmy. Na pogrzebie stałam sama, trzymając Michała za rękę. Czułam, jakby cały świat się ode mnie odwrócił.

Ale wtedy spojrzałam na syna i zobaczyłam w jego oczach siłę, której sama nie miałam. To dla niego wstawałam każdego dnia, to dla niego walczyłam z biedą, samotnością i osądami ludzi. Michał był moim światłem w ciemności.

Dziś, kiedy patrzę na niego – dorosłego już mężczyznę, który właśnie dostał się na studia – czuję dumę, której nie potrafię opisać. Wiem, że nie byłam idealną matką, że popełniłam wiele błędów. Ale nigdy nie przestałam kochać. I nigdy się nie poddałam.

Czasem zastanawiam się, czy gdybym wtedy wybrała inaczej, moje życie byłoby łatwiejsze. Ale czy byłabym wtedy sobą? Czy Michał byłby taki, jaki jest?

Może życie odwróciło się ode mnie plecami, ale ja nie odwróciłam się od życia. Czy to wystarczy, żeby być szczęśliwą? Czy ktoś z Was też czuje się czasem samotny wśród ludzi?