Kiedy teściowa zamieszkała z nami: Opowieść o cichych wojnach i utraconych złudzeniach
– Znowu nie posoliłaś ziemniaków, Aniu. – Głos teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy blacie, ściskając łyżkę, i czułam, jak w gardle rośnie mi gula.
– Może nie każdy lubi tyle soli, pani Zofio – odpowiedziałam cicho, starając się nie patrzeć jej w oczy.
– Ale mój syn lubi. – Jej spojrzenie było chłodne, niemal oskarżycielskie. – Zawsze gotowałam mu tak, jak trzeba.
Michał siedział przy stole i udawał, że nie słyszy. Przewracał w dłoni telefon, jakby szukał w nim ratunku przed napięciem, które od tygodni wisiało nad naszym domem.
Pięć lat temu, kiedy wprowadziliśmy się do naszego mieszkania na warszawskim Mokotowie, byłam szczęśliwa. Wreszcie własny kąt, nasze zasady, nasza codzienność. Przez pierwsze lata wszystko układało się dobrze – drobne sprzeczki, kompromisy, wspólne wieczory z winem i serialem. Aż do dnia, gdy zadzwonił telefon.
– Aniu, mama miała wylew. Musi z nami zamieszkać na jakiś czas – powiedział Michał beznamiętnym głosem. Nie pytał. Informował.
Wiedziałam, że nie mam wyboru. Zofia była wdową od lat, a Michał był jej jedynym dzieckiem. Przełknęłam więc własne obawy i zaczęłam przygotowywać pokój gościnny.
Pierwsze dni były pełne napięcia. Zofia była osłabiona, ale jej język pozostał ostry jak brzytwa. Każdego ranka komentowała mój sposób sprzątania („U nas w domu podłogi zawsze lśniły”), gotowania („Nie rozumiem tej mody na sałatki z rukolą”), a nawet to, jak rozmawiam z Michałem („Za moich czasów żona nie podnosiła głosu na męża”).
Michał coraz częściej wychodził do pracy wcześniej i wracał później. Zostawałam sama z kobietą, która patrzyła na mnie jak na intruza w jej własnym domu. Czułam się jak gość we własnej kuchni.
Pewnego wieczoru usłyszałam ich rozmowę przez uchylone drzwi.
– Michałku, ona cię nie rozumie. Ty potrzebujesz kobiety, która zadba o dom – mówiła Zofia szeptem.
– Mamo, daj spokój…
– Ja tylko chcę dla ciebie dobrze.
Zacisnęłam pięści. Chciałam wejść i wykrzyczeć jej w twarz, że jestem dobrą żoną, że kocham jej syna, że to mój dom! Ale nie zrobiłam tego. Zamiast tego poszłam do łazienki i płakałam pod prysznicem.
Z czasem sytuacja tylko się pogarszała. Zofia zaczęła przestawiać rzeczy w kuchni („Tak jest wygodniej”), zmieniać ustawienie mebli w salonie („Tu lepiej pasuje”), a nawet prasować koszule Michała („Bo ty robisz to niedokładnie”).
Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej i zobaczyłam ją siedzącą z Michałem przy stole. Śmiali się z czegoś, czego nie rozumiałam. Poczułam się jak obca.
– Co tak wcześnie? – zapytał Michał bez entuzjazmu.
– Miałam krótszy dzień – odpowiedziałam i zaczęłam rozpakowywać zakupy.
– Kupiłaś znowu te jogurty? Przecież mówiłam ci, że Michał ich nie lubi – rzuciła Zofia.
– Może ja je lubię? – odpowiedziałam ostro.
Zapadła cisza. Michał spojrzał na mnie z wyrzutem.
– Aniu, nie musisz być taka…
– Jaka? – przerwałam mu. – Mam już dość tego wszystkiego! To jest też mój dom!
Zofia teatralnie westchnęła i wyszła z kuchni.
Wieczorem Michał przyszedł do sypialni.
– Nie możesz być dla niej taka ostra. Ona jest chora.
– A ja? Ja już nie jestem ważna?
Nie odpowiedział. Odwrócił się na drugi bok.
Zaczęłam unikać domu. Zostawałam dłużej w pracy, spotykałam się z koleżankami po godzinach. Czułam się coraz bardziej samotna i niewidzialna.
W końcu przyszedł dzień, kiedy nie wytrzymałam.
– Michał, musimy porozmawiać – powiedziałam pewnego wieczoru.
– O czym?
– O nas. O tym, że czuję się tu jak intruz. Że twoja mama traktuje mnie jak służącą i podważa każdą moją decyzję.
Michał milczał przez chwilę.
– To tylko na jakiś czas…
– Ale ile jeszcze? Rok? Dwa? Całe życie? – łzy napływały mi do oczu.
Wtedy weszła Zofia.
– Co tu się dzieje?
– Nic, mamo – rzucił Michał szybko.
Spojrzała na mnie z pogardą.
– Jeśli ci tu tak źle, to może powinnaś poszukać sobie innego miejsca?
To był cios prosto w serce. Wybiegłam z mieszkania i długo chodziłam po ciemnych ulicach miasta. Myślałam o tym wszystkim: o marzeniach o szczęśliwym domu, o miłości, która miała przetrwać wszystko, o samotności pośród ludzi najbliższych.
Kiedy wróciłam nad ranem, Michał spał na kanapie. Zofia siedziała przy stole i piła herbatę.
– Wiesz… ja też kiedyś byłam młodą żoną – powiedziała cicho. – Ale nigdy nie pozwoliłam sobie wejść na głowę.
Nie odpowiedziałam. Było już za późno na pojednanie.
Od tamtej pory żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Michał coraz częściej nocował u kolegów albo zostawał w pracy na nocne zmiany. Ja zamknęłam się w sobie.
Czasem zastanawiam się: czy można być naprawdę u siebie tam, gdzie nikt cię nie widzi? Czy dom to miejsce czy ludzie? Może powinnam była walczyć bardziej… albo odejść wcześniej?