„Kiedy teściowa powiedziała: ‘No to ustalone? Bierzemy kredyt.’ Wszyscy mnie zignorowali: Spakowałam się i wróciłam do mamy”
– No to ustalone? Bierzemy kredyt – powiedziała teściowa, patrząc wyczekująco na Jana i swojego męża. Ja siedziałam przy stole, ściskając w dłoni kubek z zimną już herbatą. Nikt nie spojrzał w moją stronę. Nikt nie zapytał, co ja o tym myślę.
Wtedy poczułam, jakby ktoś mnie wymazał gumką z własnego życia. Przecież to miało być nasze wspólne mieszkanie, nasza przyszłość. A jednak decyzję podjęto beze mnie. Zresztą, to nie był pierwszy raz. Odkąd zamieszkałam z rodzicami Jana, czułam się jak gość w ich domu, a nie jak żona ich syna.
Wyszłam za Jana mając dwadzieścia lat. Byłam zakochana po uszy – on miał w sobie coś takiego, co sprawiało, że świat wydawał się prostszy. Poznaliśmy się na uczelni, na wykładzie z filozofii. On był pewny siebie, zawsze otoczony ludźmi. Ja – cicha, trochę nieśmiała dziewczyna z małego miasta pod Lublinem. Kiedy poprosił mnie na kawę po zajęciach, serce waliło mi jak młotem.
Po ośmiu miesiącach znajomości oświadczył mi się w parku Saskim. Było lato, pachniało lipami i świeżo skoszoną trawą. Powiedziałam „tak”, nie zastanawiając się ani chwili. Rodzice byli sceptyczni – mama powtarzała: „Za młoda jesteś, dziecko. Zobaczysz, życie cię jeszcze zaskoczy.” Tata milczał, ale widziałam w jego oczach troskę.
Po ślubie zamieszkaliśmy u rodziców Jana w ich dużym domu na obrzeżach Lublina. Miałam nadzieję, że to tylko na chwilę – do czasu aż uzbieramy na własne mieszkanie. Szybko jednak okazało się, że „chwila” może trwać latami.
Teściowa była kobietą energiczną i apodyktyczną. Wszystko musiało być po jej myśli – od koloru zasłon po godzinę obiadu. Teść był cichy, podporządkowany żonie. Jan… Jan coraz częściej znikał wieczorami z kolegami albo siedział przy komputerze.
Ja studiowałam zaocznie pedagogikę i pracowałam w sklepie spożywczym na pół etatu. Każdy dzień zaczynał się wcześnie rano – śniadanie dla wszystkich, potem autobus do pracy, potem zajęcia na uczelni. Wieczorem wracałam zmęczona do domu, gdzie czekały na mnie kolejne obowiązki: sprzątanie, pranie, gotowanie.
Z czasem zaczęłam czuć się jak służąca we własnym domu. Teściowa potrafiła wejść do naszego pokoju bez pukania i zacząć przestawiać rzeczy na półkach.
– Tak nie może być! – powiedziałam kiedyś Janowi. – To jest nasze życie! Chciałabym mieć choć trochę prywatności.
– Daj spokój, mama jest jaka jest. Przecież pomaga nam – odpowiedział z obojętnością.
Pomagała? Może i tak… Ale coraz częściej miałam wrażenie, że jestem tylko dodatkiem do ich rodziny.
Pewnego wieczoru wróciłam późno z uczelni. W kuchni siedzieli wszyscy – teściowa, teść i Jan. Na stole leżały papiery bankowe.
– Musimy podjąć decyzję – powiedziała teściowa tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Kredyt hipoteczny na dom letniskowy w Kazimierzu. To inwestycja! Będziemy wynajmować turystom.
– Ale… czy nas na to stać? – zapytałam nieśmiało.
– No przecież wszyscy będziemy spłacać! – machnęła ręką teściowa. – Ty też pracujesz.
Jan milczał. Teść patrzył w stół.
– Ja nie chcę brać kredytu na coś, czego nawet nie potrzebuję… – zaczęłam cicho.
– No to ustalone? Bierzemy kredyt – powtórzyła teściowa głośniej.
Wtedy coś we mnie pękło. Poczułam się jak dziecko, które dorośli ignorują przy stole.
Noc spędziłam bezsennie, przewracając się z boku na bok. Rano spakowałam walizkę. Jan jeszcze spał.
Zeszłam do kuchni. Teściowa krzątała się przy kuchence.
– Dokąd idziesz z tą walizką? – zapytała podejrzliwie.
– Wracam do mamy – odpowiedziałam drżącym głosem.
– Co ty wygadujesz? Przecież tu jest twój dom!
– Nie czuję się tu jak w domu…
Wyszłam bez słowa więcej. Na przystanku autobusowym zadzwoniłam do mamy.
– Mamo… mogę wrócić?
Nie pytała o nic więcej. Przyjechała po mnie samochodem i przytuliła mocno.
Pierwsze dni u mamy były jak powrót do dzieciństwa. Czułam ulgę i jednocześnie wstyd – przecież powinnam była walczyć o swoje małżeństwo! Ale czy naprawdę miałam jeszcze siłę?
Jan dzwonił kilka razy. Najpierw był zły:
– Co ty wyprawiasz? Przecież to tylko kredyt!
Potem prosił:
– Wróć… Mama już się uspokoiła.
Ale ja nie chciałam wracać do miejsca, gdzie moje zdanie nic nie znaczyło.
Mama patrzyła na mnie ze smutkiem:
– Wiesz, czasem trzeba odejść, żeby zobaczyć wszystko z dystansu.
Przez kilka tygodni żyłam jakby zawieszona między dwoma światami: tym starym, który znałam i nowym, którego się bałam. Zaczęłam szukać pracy w przedszkolu w moim rodzinnym mieście. Znalazłam ją szybciej niż myślałam.
Jan przyszedł raz pod dom mojej mamy. Stał pod furtką ze spuszczoną głową.
– Przepraszam… Może rzeczywiście za bardzo pozwoliłem mamie decydować za nas…
Ale ja już wiedziałam, że nie chcę wracać do tego układu.
Rozwód był bolesny i szybki. Teściowa nawet nie przyszła na rozprawę.
Dziś mam 27 lat i własne mieszkanie – malutkie, ale moje. Pracuję jako nauczycielka przedszkolna i codziennie patrzę na dzieciaki z nadzieją, że będą miały odwagę walczyć o siebie szybciej niż ja.
Czasem zastanawiam się: czy gdybym wtedy została i zgodziła się na wszystko dla świętego spokoju, byłabym dziś szczęśliwa? Czy warto było odejść i zacząć wszystko od nowa?
A Ty? Co byś zrobił na moim miejscu?