Kiedy pierwszy raz powiedziałam NIE: Powrót do wsi i prawda, którą ukrywałam latami
– Znowu przyjeżdżasz tylko na chwilę? – głos mamy przeszył ciszę kuchni, kiedy jeszcze nie zdążyłam zdjąć płaszcza. W powietrzu unosił się zapach świeżo upieczonego chleba i cebuli smażonej na smalcu, a ja poczułam, jak ściska mnie w gardle.
– Mamo, proszę… – zaczęłam, ale nie pozwoliła mi dokończyć.
– Zawsze się spieszysz, zawsze cię gdzieś gna. Warszawa to, Warszawa tamto. A tu? Tu nic już dla ciebie nie ma?
Wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. Że kiedyś będę musiała powiedzieć jej prawdę. Ale nie sądziłam, że stanie się to właśnie dziś, w tej kuchni, w której tyle razy płakałam jako dziecko, bo nie rozumiałam świata dorosłych.
Oparłam się o framugę drzwi i spojrzałam na nią – zmęczoną kobietę o dłoniach popękanych od pracy w polu. W jej oczach widziałam rozczarowanie i żal. Przez chwilę chciałam się wycofać, przeprosić, udawać, że wszystko jest dobrze. Ale już nie mogłam.
– Mamo, nie chcę tu wracać na stałe. Nie tęsknię za tym miejscem tak jak ty. – Słowa zabrzmiały ostrzej niż zamierzałam.
Zapadła cisza. Nawet zegar na ścianie jakby przestał tykać. Mama odwróciła się do okna.
– Myślałam, że kiedyś zrozumiesz…
Wtedy do kuchni wszedł tata, niosąc drewno do pieca. Spojrzał na nas podejrzliwie.
– Co tu się dzieje?
– Nic, tato – odpowiedziałam szybko, ale mama już zaczęła:
– Twoja córka nie chce wracać do domu. Warszawa jest dla niej ważniejsza niż rodzina.
Poczułam, jak ogarnia mnie fala złości i bezsilności. Przez całe życie próbowałam spełniać ich oczekiwania: dobre oceny w szkole, pomoc w gospodarstwie, nawet studia wybrałam takie, żeby byli dumni. Ale nigdy nie pytałam siebie, czego ja chcę.
– To nie tak! – podniosłam głos. – Po prostu… ja się tu duszę! Od dziecka czułam się inna. Chciałam czegoś więcej niż tylko pola i krowy!
Tata spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
– Myślisz, że nam było łatwo? Że nie mieliśmy marzeń?
– Może mieliście – odpowiedziałam cicho – ale nigdy o nich nie mówiliście.
Wtedy weszła moja siostra Anka z dwójką dzieci. Zatrzymała się w progu i spojrzała na nas wszystkich.
– O co znowu chodzi?
– O to, że Ola uważa się za lepszą, bo mieszka w Warszawie – rzuciła mama z goryczą.
– Nie uważam się za lepszą! Po prostu… jestem inna. I mam prawo żyć po swojemu!
Anka przewróciła oczami.
– Zawsze musisz robić dramaty. Ja tu zostałam i jakoś żyję. Każdy ma swoje miejsce.
Poczułam łzy pod powiekami. Przez chwilę chciałam uciec z tej kuchni, z tego domu, z tej wsi. Ale zostałam. Musiałam to powiedzieć do końca.
– Nie rozumiecie mnie. Nigdy nie próbujecie zrozumieć. Dla was liczy się tylko to, żeby wszystko było po waszemu.
Mama usiadła ciężko przy stole.
– A kto cię wychował? Kto ci dał wszystko?
– Daliście mi dom i jedzenie. Ale nigdy nie daliście mi prawa do własnych marzeń.
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Słychać było tylko dzieci Anki bawiące się w pokoju obok.
Wyszłam na podwórko. Powietrze było ciężkie od zapachu ziemi po deszczu. Usiadłam na starym pieńku pod jabłonią i pozwoliłam łzom płynąć.
Przypomniałam sobie siebie jako dziecko – jak biegałam boso po łące, jak marzyłam o wielkim świecie, o podróżach, o tym, żeby być kimś innym niż wszyscy wokół. Ale wtedy wystarczyło mi marzyć. Teraz już nie wystarczało.
Nagle usłyszałam za sobą kroki. To był tata.
– Ola…
Nie odwróciłam się.
– Wiem, że ci ciężko – powiedział cicho. – Ale my też się boimy. Boimy się, że cię stracimy.
Odwróciłam głowę i spojrzałam mu w oczy.
– Nigdy mnie nie mieliście naprawdę…
Usiadł obok mnie i przez chwilę milczeliśmy razem.
– Wiesz… ja też kiedyś chciałem wyjechać – powiedział nagle. – Ale wtedy trzeba było zostać. Dziadek był chory, mama sama…
Spojrzałam na niego zaskoczona.
– Nigdy mi o tym nie mówiłeś.
Wzruszył ramionami.
– Bo to nie miało znaczenia. Tak myślałem…
Poczułam ukłucie żalu i współczucia. Ile marzeń zostało tu pogrzebanych? Ile razy ktoś z naszej rodziny musiał powiedzieć sobie NIE?
Wieczorem przy stole panowała napięta atmosfera. Mama milczała, Anka rozmawiała tylko z dziećmi. Ja siedziałam cicho i patrzyłam na swoje dłonie – takie same jak mamy: silne, spracowane, ale już inne, bo nauczyły się pisać na klawiaturze komputera zamiast doić krowy.
Po kolacji mama podeszła do mnie w kuchni.
– Przepraszam… Może za bardzo cię naciskałam – powiedziała cicho.
Spojrzałam na nią ze łzami w oczach.
– Chciałabym tylko, żebyś była szczęśliwa – dodała.
Objęłyśmy się bez słów.
Następnego dnia rano wyjeżdżałam do Warszawy. Tata pomógł mi zapakować walizkę do samochodu.
– Uważaj na siebie – powiedział krótko i mocno mnie przytulił.
W drodze powrotnej długo myślałam o tym wszystkim. O tym, ile odwagi kosztowało mnie powiedzenie NIE po raz pierwszy w życiu. O tym, jak trudno być sobą w świecie pełnym oczekiwań innych ludzi.
Czy można kochać rodzinę i jednocześnie być wiernym sobie? Czy da się pogodzić dwa światy: ten z dzieciństwa i ten dorosły? Może każdy z nas musi kiedyś powiedzieć NIE – żeby naprawdę zacząć żyć?