Głód za ścianą – historia Mariki, która nauczyła mnie widzieć więcej
– Mamo, dlaczego Marika znowu siedzi sama na klatce? – zapytałam, patrząc przez judasza na drobną sylwetkę skuloną pod drzwiami sąsiadów. Był listopad, zimno, a ona miała na sobie tylko cienką kurtkę i za duże buty po starszym bracie. Mama spojrzała na mnie surowo, jakby chciała powiedzieć: „Nie wtrącaj się”, ale po chwili westchnęła i cicho dodała:
– Czasem ludzie mają trudniej niż my. Przynieś jej kawałek chleba.
Tak zaczęła się moja znajomość z Mariką. Miałyśmy po osiem lat, mieszkałyśmy drzwi w drzwi na szarym blokowisku w Warszawie. Ja – córka nauczycielki i kierowcy autobusu, ona – dziecko matki, która rzadko wychodziła z domu i ojca, którego widywało się tylko wtedy, gdy wracał pijany i krzyczał na całą klatkę schodową.
Marika była cicha. W szkole siedziała w ostatniej ławce, zawsze z opuszczoną głową. Nauczyciele udawali, że jej nie widzą. Dzieci śmiały się z jej znoszonych ubrań i tłustych włosów. Ja nie miałam odwagi się odezwać. Czułam wstyd – za nią, za siebie, za wszystkich dorosłych, którzy udawali, że wszystko jest w porządku.
Pamiętam jeden dzień szczególnie wyraźnie. Było już ciemno, a ja wracałam z mamą z zakupów. Na schodach siedziała Marika i płakała. Mama podeszła do niej i zapytała:
– Co się stało?
Marika tylko pokręciła głową. Mama wyciągnęła z torby bułkę i podała jej bez słowa. Dziewczynka spojrzała na nią z wdzięcznością tak wielką, że aż zabolało mnie serce.
W domu mama zamknęła drzwi i powiedziała:
– Nie mów nikomu. Ludzie nie lubią, jak się im pomaga. Wstydzą się.
Nie rozumiałam tego wtedy. Dlaczego miałabym nie mówić? Dlaczego wszyscy udają, że nie widzą?
Z czasem zaczęłam przynosić Marice kanapki do szkoły. Dzieliłam się z nią jabłkiem na przerwie. Czasem zapraszałam ją do siebie pod pretekstem odrabiania lekcji. Mama zawsze dawała mi coś dla niej – kawałek ciasta, jabłko, czasem nawet ciepłą herbatę w termosie.
Ale to wszystko było w ukryciu. Kiedy ojciec Mariki wracał do domu pijany i krzyczał, sąsiedzi zamykali drzwi i ściszali telewizory. Kiedy jej matka płakała na klatce schodowej, nikt nie wychodził zobaczyć, co się dzieje. Nawet ja bałam się wtedy wyjrzeć przez wizjer.
Pewnego dnia Marika nie przyszła do szkoły. Nauczycielka tylko wzruszyła ramionami:
– Pewnie chora.
Ale ja wiedziałam, że to coś więcej. Po lekcjach pobiegłam pod jej drzwi. Siedziała tam skulona, z rozbitym łukiem brwiowym.
– Co się stało?!
– Nic… Tata się zdenerwował.
Chciałam coś zrobić. Powiedzieć komuś dorosłemu. Ale przypomniałam sobie słowa mamy: „Nie mów nikomu”.
Minęły lata. Marika coraz rzadziej pojawiała się w szkole. W końcu jej rodzina wyprowadziła się w środku nocy. Nikt nie wiedział dokąd. Na klatce zostały tylko ślady dziecięcych butów i plama po rozlanej herbacie.
Dorosłam. Skończyłam studia, znalazłam pracę w bibliotece. Często wracam myślami do tamtych dni. Do milczenia dorosłych, do mojego własnego milczenia.
Czasem spotykam ludzi takich jak Marika – cichych, niewidzialnych dla świata. Staram się pomagać, ale zawsze towarzyszy mi pytanie: czy robię wystarczająco dużo? Czy wtedy mogłam zrobić więcej?
Ostatnio śniła mi się Marika – uśmiechnięta, szczęśliwa, wolna od głodu i strachu. Obudziłam się z poczuciem winy i żalu.
Czy nasze milczenie nie jest czasem gorsze niż obojętność? Czy pomagając po cichu naprawdę zmieniamy świat – czy tylko uspokajamy własne sumienie?